1

Nowa ustawa Ministerstwa Edukacji Narodowej ma uporządkować prawa i obowiązki uczniów, wprowadzić jednolite standardy, katalog sankcji i sieć rzeczników.

2

Ryzyko: szkoła upodabnia się do quasi-sądu, a nauczyciel z wychowawcy staje się operatorem procedur.

3

„Naprawa przed karą” może działać tylko wtedy, gdy jest realną odpowiedzialnością, a nie rytuałem” bez skutków.

4

Wzmocnienie autonomii ucznia (także pełnoletniego) i procedur może osłabić współpracę z rodzicami i dążenie do dobra wspólnego.


MEN pisze uczniom „kartę praw”. Pytanie, czy rzeczywiście służy to wychowaniu?

Rząd przyjął projekt ustawy o prawach i obowiązkach ucznia. Ma być porządek zamiast chaosu: jeden standard dla szkół w całej Polsce, katalog kar, procedury, a do tego rzecznik praw uczniowskich na kilku poziomach. Na papierze brzmi to jak „cywilizowanie” szkoły: mniej dowolności, więcej przejrzystości, większy nacisk na działania naprawcze zamiast karania.

Tyle że szkoła to nie urząd. Jeśli reformę pisze się przede wszystkim językiem procedur i zabezpieczeń, można uzyskać instytucję poprawną formalnie, ale bezradną wychowawczo. A to dziś najkrótsza droga do pogłębienia kryzysu: ogranicza się prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, autorytet i sprawczość nauczyciela topnieją, odpowiedzialność ucznia się rozmywa, a najsłabsi w klasie płacą cenę za bezkarność najsilniejszych.

Porządek jest potrzebny. Ale nie kosztem sensu

MEN trafnie diagnozuje, że prawa i obowiązki uczniów są „rozsiane” po statutach i aktach prawnych. Jedna szkoła reaguje tak, druga inaczej. Rodzice i nauczyciele błądzą w gąszczu przepisów. Ujednolicenie podstawowych zasad może być potrzebne.

Problem zaczyna się tam, gdzie ujednolicenie staje się centralnym pomysłem na wychowanie. Wychowanie z natury wymaga roztropności: doboru środków do konkretnego człowieka, czynu i okoliczności. Tego nie da się w pełni ująć w jeden „model postępowania” — tak jak nie da się wychować wszystkich dzieci według jednej instrukcji obsługi, abstrahując od dynamiki wpisanej w ludzką naturę.

Jeśli zaczyna się traktować szkołę jak system, w którym najważniejsze jest, by decyzja była „bezpieczna prawnie”, nauczyciel przestaje być wychowawcą, a staje się operatorem procedur.

Rzecznik w każdej szkole: ochrona czy jurydyzacja?

Projekt zakłada powołanie Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich, rzeczników wojewódzkich oraz obowiązkowo szkolnych rzeczników w każdej placówce (a dodatkowo na poziomie gmin i powiatów). Intencję łatwo odczytać: dać uczniom kolejne narzędzie emancypacji spod autorytetu rodziców i nauczycieli.

Tylko że masowe wprowadzanie logiki rzeczniczej do szkoły zmienia jej klimat. Relacja nauczyciel–uczeń jest z definicji nierówna: dorosły ma prowadzić, wymagać, oceniać, czasem postawić granicę. Gdy w tle stale stoi aparat odwoławczy, wychowawca zaczyna myśleć: „jak to udokumentować, żeby nie mieć problemów”. Uczeń zaczyna myśleć: „jak to zakwestionować, żeby wygrać spór”.

Wychowanie nie polega na tym, by każdą sytuację rozgrywać jak konflikt stron. Polega na tym, by człowiek nauczył się wybierać dobro nie dlatego, że mu się opłaca, lecz dlatego, że jest dobre.

„Najpierw naprawa, potem kara” – brzmi pięknie, ale diabeł tkwi w praktyce

Najmocniej wybrzmiewa nowy model reagowania na zachowanie uczniów: zanim szkoła sięgnie po karę, ma stosować działania wychowawcze i naprawcze. Wśród nich: zwrócenie uwagi, pismo, kontrakt wychowawczy, przeproszenie poszkodowanego, naprawienie szkody, przywrócenie stanu sprzed zdarzenia, a nawet prace na rzecz szkoły (za zgodą rodzica).

To kierunek, którego da się bronić — pod warunkiem, że „naprawa” nie stanie się miękką alternatywą dla odpowiedzialności. Bo odpowiedzialność nie jest uczuciem („jest mi przykro”), tylko aktem sprawiedliwości: uznaniem winy, zadośćuczynieniem i zmianą zachowania.

Jeżeli w praktyce wyjdzie z tego teatr — wymuszone przeprosiny, kontrakt podpisany „dla świętego spokoju”, a potem powrót do tego samego — szkoła nie będzie wychowywać, tylko administrować incydentami. Nic się tu nie wskóra bez powrotu do formowania klasycznie rozumianych cnót, czyli trwałych sprawności do dobrego działania.

Katalog kar

Projekt porządkuje katalog sankcji: upomnienie pisemne, nagana, nagana z ostrzeżeniem, przeniesienie do innej szkoły, skreślenie z listy uczniów (tam, gdzie wolno). Dyrektor ma też móc czasowo ograniczyć udział ucznia w wydarzeniach sportowych, kulturalnych i rozrywkowych (do 3 miesięcy lub do końca roku).

Brzmi jasno, ale uderza jedno: brakuje „środków środka” — konsekwencji realnie wychowawczych, powiązanych z przewinieniem, dolegliwych, a zarazem naprawczych. Pomiędzy naganą a przeniesieniem jest przepaść. Ograniczenie udziału w „imprezach” bywa przypadkowe: nie zawsze dotyka sedna problemu, a czasem bardziej izoluje niż uczy odpowiedzialności. W wielu wypadkach nie będzie to żadna kara dla ucznia, który i tak woli zostać w swoim cyfrowym świecie.

Wychowanie nie potrzebuje tylko pieczątek („nagana”) i atomowych opcji („przenieść”, „skreślić”). Potrzebuje konsekwencji, które przywracają naruszone dobro wspólne klasy i uczą, że czyny mają skutki. Potrzebuje też „zaprawy” władz duchowych i zmysłowych do dobrego działania.

Procedury przed karą: sprawiedliwość czy paraliż?

MEN chce bardziej sformalizowanej procedury nakładania kar: uczeń ma być poinformowany o wszczęciu postępowania, o możliwych konsekwencjach i o prawach; szkoła ma wysłuchać jego wyjaśnień i przeanalizować materiały.

W teorii to brzmi jak gwarancja sprawiedliwości. W praktyce może produkować opóźnienie, rozmycie i strach przed decyzją. A wychowanie wymaga także czytelności i szybkości reakcji. Jeśli konsekwencje przychodzą po tygodniach, po przepychankach proceduralnych i „analizach”, przekaz dla ucznia i klasy jest prosty: granice są płynne, a stanowczość szkoły — negocjowalna.

Procedura ma chronić przed nadużyciem. Nie może stać się zasłoną dymną dla braku trafnych rozpoznań wychowawczych w obszarze dobra i zła.

Pełnoletni uczeń bez rodziców: autonomia czy ucieczka?

Projekt przewiduje, że pełnoletni uczeń będzie mógł sprzeciwić się przekazywaniu rodzicom informacji o ocenach lub wybranych sprawach szkolnych. Da się wskazać sytuacje, gdy to chroni prywatność. Ale systemowe wzmocnienie „odcięcia” szkoły od rodziców może w wielu przypadkach ułatwić nie dojrzałą autonomię, lecz wygodne unikanie odpowiedzialności.

Wychowanie jest skuteczniejsze, gdy dorośli mówią jednym głosem. Jeśli prawo zachęca do rozszczelnienia tego układu, robi się miejsce na standard dobrze znany: „w domu nie wiedzą, w szkole nie mogą”.

Najważniejsze pytanie: kto chroni dobro wspólne klasy?

W całej dyskusji o „karach” łatwo zapomnieć o tych, którzy zwykle są cicho: o uczniach zastraszanych, o dzieciach, które chcą się uczyć, o nauczycielach, którzy próbują utrzymać porządek w klasie. Gdy szkoła staje się ostrożna do granic bezruchu, najbardziej cierpią najsłabsi. Bo silni i konfliktowi zawsze znajdą sposób, by przesunąć granice.

Klasyczne rozumienie edukacji mówi jasno: wychowanie to prowadzenie ku dobru — dobru nie tylko jednostki, ale i wspólnoty. Dyscyplina nie jest przemocą; jest warunkiem wolności w klasie. Bez niej wolność staje się przywilejem najsilniejszych.

Reforma może się udać tylko, jeśli przypomni sobie, po co jest szkoła

Jeżeli działania naprawcze będą realne, a nie wyłącznie formalne; jeśli procedury będą służyć sprawiedliwości, a nie paraliżować decyzje; jeśli nie zamienimy szkoły w pole sporów prawnych; jeśli sankcje będą mądrze powiązane z naprawą szkody — wtedy można mówić o kształtowaniu właściwego klimatu wychowawczego w szkole.

Ale jeśli proponowane zmiany okażą się przede wszystkim projektem dalszej biurokratyzacji życia szkoły, dostaniemy instytucję, która świetnie dokumentuje, ale nie kształci i nie wychowuje.

A szkoła, która nie wychowuje, nie jest neutralna. Ona po prostu oddaje wychowanie przypadkowi: grupie rówieśniczej, mediom, impulsom i ideologom. I wtedy nie kierujemy intelektu i woli młodych ludzi ku prawdzie i właściwemu dobru — tylko przyzwyczajamy ich, że liczy się to, co da się wynegocjować, odwołać i „przepchnąć” procedurą, ewentualnie to, co daje subiektywne poczucie „dobrostanu” psychicznego.

Dr Artur Górecki – dyrektor Centrum Edukacyjnego Ordo Iuris

Przeczytaj też:

• Karawana minister Nowackiej idzie dalej – nowe podstawy programowe i ramowe plany nauczania

• Nowacka idzie na wojnę z rodzicami: edukacja zdrowotna przedmiotem obowiązkowym

• Szkoła pod okupacją. Reformy MEN pod kierownictwem Barbary Nowackiej

• Wojna o polskie dzieci i o polską szkołę

Źródło zdjęcia okładkowego: Adobe Stock

Wesprzyj nas

Czytaj więcej

Więcej procedur, mniej wychowania – szkodliwy projekt rządowej ustawy
15 kwietnia 2026

Więcej procedur, mniej wychowania – szkodliwy projekt rządowej ustawy

Wzmocnienie autonomii ucznia (także pełnoletniego) i procedur może osłabić współpracę…

Senat przyjął ustawę o „ekspresowych rozwodach”. Ordo Iuris apeluje do Prezydenta o weto
14 kwietnia 2026

Senat przyjął ustawę o „ekspresowych rozwodach”. Ordo Iuris apeluje do Prezydenta o weto

Ordo Iuris wskazuje w opinii m.in. na związane z ustawą…

Ślubowanie sędziów TK bez skutku? Akt, który pogłębi kryzys konstytucyjny
9 kwietnia 2026

Ślubowanie sędziów TK bez skutku? Akt, który pogłębi kryzys konstytucyjny

Zgodnie z Konstytucją oraz utrwaloną praktyką ustrojową, sędzia Trybunału Konstytucyjnego…

Sprawozdanie Komisji PE a spór o wartości: aborcja, migracja i granice kompetencji UE
2 kwietnia 2026

Sprawozdanie Komisji PE a spór o wartości: aborcja, migracja i granice kompetencji UE

Autorzy sprawozdania wskazują na ograniczony dostęp do „bezpiecznej i legalnej…