główne PUNKTY

1

Szkoła, uniwersytet, szpital i biblioteka to instytucje wynalezione przez chrześcijańską Europę, czerpiące z dziedzictwa greckiego rozumu i rzymskiego prawa, a nie z nowożytnego państwa czy oświecenia, jak się dziś powszechnie sądzi.

2

Antonio Gramsci mówił o hegemonii kulturowej, a Rudi Dutschke w 1967 roku ogłosił „marsz przez instytucje” – strategię przejmowania istniejących struktur zamiast budowania własnych.

3

Przejęcie zachowuje nazwę, budynek i prestiż instytucji, lecz wymazuje autorstwo jej twórców i podstawia zupełnie inny cel działania.

4

Na przykładzie nauczania religii w polskich szkołach widać narzędzia przejęcia: przesuwanie lekcji w planie zajęć, przesunięcie akcentów w programie nauczania, nadzór nad kształceniem nauczycieli oraz kontrola języka poprzez kodeksy etyczne i regulaminy antydyskryminacyjne.

5

Twórców instytucji – Kościół i rodziców – przedstawia się jako intruzów, a tych, którzy je przejęli, jako obrońców przed rzekomym zagrożeniem, którego źródłem mieliby być sami fundatorzy.


Szkoła i uniwersytet są wynalazkiem chrześcijańskiej Europy. Dziś ich twórcom tłumaczy się w tych instytucjach, że ich obecność wymaga uzasadnienia.

Szkoła jako instytucja nie powstaje automatycznie wszędzie tam, gdzie żyją ludzie. Aby zaistniała, ktoś musiał obmyślić zasady i reguły jej działania, ale przede wszystkim wskazać jej właściwy cel, jakim winno być prowadzenie młodego człowieka ku pełni ludzkiej dojrzałości. To samo dotyczy uniwersytetu, a także, choć w nieco inny sposób, szpitala czy biblioteki. W Europie autorem wszystkich tych instytucji było chrześcijaństwo, czerpiące z wcześniejszego dziedzictwa ludzkości, a nie nowożytne państwo czy też myśl oświeceniowa, którym się je dziś zwykle przypisuje.

Przypominam o tym, bo pytanie o autorstwo instytucji jest pytaniem niezwykle istotnym. Właściciel domu ma inne prawa niż lokator, sublokator czy też ktoś, kto mieszka „na dziko”. Jeżeli więc właścicielowi próbuje się narzucić reguły myślenia i działania, to mamy do czynienia z próbą przejęcia.

Czym była christianitas?

Fundamentem cywilizacji, o której tu mowa, była religia prawdziwa, a nie zbiór pożytecznych przekonań, które spajają społeczeństwo. Christianitas, upraszczając, oznaczała więc przede wszystkim obszar wspólnej wiary, a wraz z nią wspólnego prawa, wspólnej liturgii i wspólnego języka uczonych, dzięki któremu student z Krakowa mógł słuchać wykładów w Padwie, a mnich irlandzki zakładać klasztor w Szwajcarii. Spajała ją nie tyle władza jednego ośrodka, ile przekonanie, że Prawda jest jedna i że nie jest czyjąkolwiek własnością plemienną. Nikt jej przy tym nie projektował i nie była realizacją żadnego ideologicznego zamysłu, jaki znamy chociażby z dziejów Unii Europejskiej. Kościół zajmował się przede wszystkim głoszeniem Ewangelii i udzielaniem sakramentów, a cywilizacja christianitas wyrosła jako uboczny efekt tej pracy, bo żeby ochrzcić lud, trzeba było nauczyć go czytać, zapisać mu prawo, zadbać o chorych, a czasem nauczyć go uprawy ziemi albo pokazać, jak ułożyć relacje sąsiedzkie. Działo się to oczywiście ze wszystkimi słabościami, jakie niesie ze sobą skażona grzechem pierworodnym natura ludzka.

Chrześcijaństwo nie zaczynało od zera i nie żądało zniszczenia świata antycznego jako takiego. Przyjęło od Greków pojęcie logosu i całą filozoficzną aparaturę, która pozwalała mówić również o wierze w sposób uporządkowany. Od Rzymu wzięło prawo, pojęcie osoby prawnej, procedurę i sztukę administrowania rzeczami wspólnymi, bez której trudno jest myśleć o trwaniu jakiejś instytucji. Ze Starego Przymierza przejęło przekonanie, że historia ma kierunek, a prawo pochodzi od Boga, a nie od tego, kto siłą jest w stanie narzucić swoje rozwiązania.

Święty Augustyn uzasadniał takie postępowanie, przypominając w tym kontekście złoto, które Izraelici wynieśli z Egiptu. To, co u pogańskich autorów prawdziwe i dobre, należy wykorzystać w słusznej sprawie, bo prawda nie przestaje być prawdą z powodu tego, kto ją wypowiedział. Osiem wieków później św. Tomasz z Akwinu, mimo rozlicznych trudności, wprowadził do chrześcijańskiej refleksji filozoficznej i teologicznej myśl Arystotelesa. Większość literatury antycznej, którą do dziś czytamy, przetrwała dlatego, że przepisywali ją mnisi, dostrzegający w niej ogromną wartość.

Zwięźle proces ten opisał Dom Gérard Calvet, benedyktyn i założyciel opactwa Le Barroux, w wydanej w 1986 roku książce Demain la Chrétienté, znanej u nas jako Jutro Chrześcijaństwa. Chrétienté to właśnie christianitas, czyli chrześcijaństwo wcielone w doczesność, a więc cywilizacja. Chrześcijaństwo, pisze Calvet, nie niszczyło cywilizacji pogańskiej, ale podnosiło ją do wymiaru nadprzyrodzonego, kierując ku Niebu to, co istniało w niej jako fundament prawa naturalnego. Nie było to więc ani zerwanie, ani proste przejęcie, lecz uznanie cudzej pracy za dobrą i postawienie jej wyżej, niż ona sama umiała sięgnąć.

Przejęcie instytucji, z którym dziś mamy do czynienia, zachowuje pozory dawnej formy, wymazuje autorstwo i podstawia inny cel.

Christopher Dawson, pisząc po drugiej wojnie światowej o kryzysie zachodniej edukacji, zwracał między innymi uwagę na to, że Europa nie jest tworem geograficznym ani politycznym, lecz wynikiem syntezy greckiego rozumu, rzymskiego prawa i chrześcijańskiego objawienia, i że szkoła, która przestaje jej uczyć, produkuje ludzi bez przeszłości. Trudno o lepszy opis sytuacji, w której absolwent potrafi wymienić zarzuty wobec średniowiecza, ale nie wie, komu zawdzięcza własny dyplom.

Skąd się wzięła szkoła?

Korzenie szkoły sięgają Grecji i Rzymu. To tam narodziło się pojęcie paidei (wychowania), czyli kształtowania człowieka, a nie samego przekazywania umiejętności, i to tam wykładano dyscypliny, które złożą się później na siedem sztuk wyzwolonych, choć sam kanon zamkną dopiero pisarze późnoantyczni i średniowieczni. Ateny miały Akademię i Likeum, Rzym rozwiniętą sieć szkół gramatycznych i retorycznych. Dorobek był ogromny i chrześcijaństwo będzie z niego czerpało pełną garścią.

Szkoła antyczna wiązała się jednak z osobą mistrza i kończyła wraz z nią, nie mając własnego statusu prawnego, który pozwoliłby jej przetrwać zmianę władzy. Kiedy porządek rzymski upadł, ta forma przekazu zanikła wraz z nim, a wraz z nią zniknęłaby większość tego, czego nauczała, gdyby nie klasztory.

To, co dziś nazywamy szkołą, ukształtowało się dopiero w średniowieczu, gdy antyczną treść osadzono w instytucji zdolnej trwać niezależnie od losu jednego człowieka.

W klasztorach benedyktyńskich, w skryptoriach przepisujących teksty, powstał pierwszy w Europie system oświaty w znacznym stopniu niezależny od pochodzenia i majątku. Reguła nakazywała mnichom czytać, a żeby czytać, trzeba było uczyć czytania. Z tej prostej konieczności wyrosła cała infrastruktura instytucjonalna, od szkoły klasztornej i katedralnej po bibliotekę i uporządkowany program nauczania. Za Karola Wielkiego wprowadzono obowiązek prowadzenia szkół przy katedrach i klasztorach. Była to pierwsza w Europie próba powszechnej alfabetyzacji, przeprowadzona nie przez ministerstwo edukacji, ale przez Kościół.

Uniwersytet jest wynalazkiem jeszcze bardziej charakterystycznym. To wspólnota nauczających i nauczanych, ukierunkowana na poznanie prawdy. Instytucja ta ma własną osobowość prawną i własne sądownictwo oraz sama wybiera swoje władze. Ta konstrukcja prawna powstała z kanonistyki, czyli z prawa kościelnego, które jako pierwsze w Europie wypracowało pojęcie osoby zbiorowej, korzystając przy tym z rzymskiej techniki prawniczej. Bolonia i Paryż, a w 1364 roku Kraków, uzyskiwały swoje przywileje od papieży i pod ich ochroną broniły się przed miastem, biskupem i królem. Autonomia uniwersytecka, przywoływana dziś jako zdobycz świecka, jest wynalazkiem christianitas.

Wraz z uniwersytetem przyszła cała reszta akademickiego obyczaju, od stopni naukowych i publicznej obrony tezy po togi i podział na fakultety. Trudno wskazać jakiś trwały element współczesnej kultury akademickiej, którego geneza nie byłaby średniowieczna i kościelna. Podobnie rzecz się ma z siecią szpitali i sierocińców, których w świecie przedchrześcijańskim nie było, bo nie istniało założenie, że życie słabego jest równie cenne jak życie silnego.

Instytucja oświatowa wyrosła z przekonań, które nie są oczywiste i które w większości kultur nie wystąpiły. Trzeba było najpierw uwierzyć, że świat jest poznawalny, ponieważ został stworzony przez Logos, a nie przez kaprys. Do tego dochodziło przekonanie, że każdy człowiek ma rozum i przyrodzoną godność, a więc może i powinien być nauczany niezależnie od urodzenia. Skoro zaś prawda jest jedna i wspólna, spór o nią ma sens i można go prowadzić w formie uporządkowanej dysputy zamiast starcia sił. Wiedzę trzeba przy tym przekazywać dalej, bo nie należy ona do nauczyciela, lecz do wspólnoty i do przyszłych pokoleń.

Wszystkie te przekonania mają źródło teologiczne, a kiedy się je usunie, ze szkoły zostaje albo narzędzie tresury obywatela, albo giełda usług edukacyjnych. Jedno i drugie znamy już z doświadczenia dwudziestego wieku i czasów nam współczesnych — nie ma powodu tęsknić do żadnego z nich.

Marsz przez instytucje

Dziewiętnastowieczna lewica zakładała własne uniwersytety ludowe i szkoły partyjne. Niewiele z tego zostało, bo instytucji nie da się zadekretować, trzeba ją utrzymać przez kilka pokoleń. Antonio Gramsci wyciągnął wniosek, że skoro robotnicy w Europie Zachodniej nie chcą rewolucji, trzeba najpierw zmienić to, co uważa się za oczywiste, a to w znacznym stopniu formuje się w szkole i na uniwersytecie. Nazwał to hegemonią kulturową.

Nazwę dla tej strategii wymyślono w 1967 roku. Rudi Dutschke, przywódca niemieckiej rewolty studenckiej, ogłosił długi marsz przez instytucje. Był to program, w którym rewolucjonista nie burzy „gmachu”, lecz do niego wchodzi, robi w nim karierę, obsadza katedry i komisje, a następnie zmienia jego cel, zachowując nazwę, budynek i znaczenie.

Zbudowanie uniwersytetu wymaga czasu, majątku i autorytetu, natomiast przejęcie istniejącego wymaga jednego pokolenia cierpliwych nominacji. Nowa instytucja musi dopiero zapracować na zaufanie, a przejęta ma je gotowe i może ukierunkować je na cele, których jej fundatorzy nigdy by nie uznali. Marsz przez instytucje nie tworzy zatem niczego własnego, lecz „dziedziczy” po tych, których zamierza z instytucji usunąć.

Widział to już przed pierwszą wojną światową Charles Péguy, który opisywał, jak stronnictwo intelektualne obsadza Sorbonę i zamienia ją w aparat obsługujący własną doktrynę, zachowując przy tym cały prestiż dawnej uczelni: wszystko zaczyna się jako mistyka, a kończy jako polityka. Instytucja żyje tak długo, jak długo pamięta żar, z którego powstała, a kiedy przestaje, zostaje z niej administracja gotowa służyć komukolwiek.

Chrześcijaństwo przejmowało od Greków i Rzymian to, co wartościowe, twórczo to rozwijając, a przy tym przyznając się do tego dziedzictwa. Tutaj przejmuje się gotowe struktury, nadaje się im zupełnie inną treść, a właścicieli uznaje za uzurpatorów.

Owocować może tylko to, co dobre, prawdziwe i piękne, ponieważ tylko to ma w sobie własne źródło życia. To, co służy destrukcji, zawsze nosi znamiona pasożytnictwa: musi żyć z cudzej pracy, zamieszkać w cudzym gmachu, posługiwać się cudzą nazwą i cudzym zaufaniem, bo samo nie potrafi wytworzyć ani jednego, ani drugiego. Kiedy niszczy gospodarza, ginie razem z nim.

Przejęcie instytucji nie zawsze wymaga dekretu zamykającego szkołę katolicką i posługuje się narzędziami znacznie mniej widowiskowymi, za to skuteczniejszymi. Jednym z nich jest program nauczania, w którym nie trzeba niczego zakazywać, bo wystarcza przesunięcie akcentów i przeniesienie jednego przedmiotu z rdzenia do części fakultatywnej. Ogromne znaczenie ma też kształcenie nauczycieli, ponieważ kto kontroluje wydziały pedagogiczne, w znacznym stopniu kontroluje treść lekcji na trzydzieści lat naprzód. Do tego dochodzi aparat akredytacji i nadzoru, w którego wytycznych i ewaluacjach określone przekonania zostają uznane za nieprofesjonalne. Regulację domyka język, bo kodeksy etyczne i regulaminy antydyskryminacyjne sprawiają, że część stanowisk przestaje być błędna, a staje się niewypowiadalna. Warunkiem powodzenia całości jest kadra administracyjna, rosnąca szybciej niż naukowa, której racją istnienia bywa sprawowanie kurateli nad treścią.

W wyniku tych zabiegów nie powstaje szkoła bez wartości, lecz szkoła z nowymi wartościami, podanymi jako neutralność. Uniwersytet założony dla poszukiwania prawdy zostaje przeorientowany na kształtowanie postaw, a to jest już inżynieria społeczna, w której dziecko bywa nie tyle uczone, ile korygowane, również wbrew jego naturze i woli rodziców.

Przykład: lekcje religii

Widać to dobrze na przykładzie tego, co dzieje się z nauczaniem religii w polskiej szkole. Zmiany są proceduralne i przedstawiane jako organizacyjne, bo polegają na przesuwaniu lekcji na skraj planu zajęć i na zmianie statusu oceny. Pewien rodzic podsumował to jednym zdaniem: „w praktyce jest to takie układanie planu, żeby dzieci na religię nie chodziły”.

Bardzo trafnie kierunek wdrażanych zmian opisał biskup Marek Mendyk: „usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły, uczynić ze szkoły świecką placówkę”. Świeckość bywa przedstawiana jako brak światopoglądu, choć sama jest jednym ze światopoglądów. Instytucja publiczna, w której obowiązuje wyłącznie ten światopogląd, nie jest więc neutralna, lecz zawłaszczona.

Warto pamiętać, że prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami nie jest przywilejem nadanym przez państwo, lecz prawem pierwotnym, wobec którego szkoła pozostaje instytucją pomocniczą. Uznanie, że to szkoła ma prawo kształtować dziecko zgodnie z ideologicznymi dyrektywami rządzących, a rodzina może się najwyżej wypisać z części zadań, które odgórnie zostaną jej przydzielone, odwraca tę relację i jest nie tylko zmianą ustrojową przeprowadzoną środkami administracyjnymi, ale też naruszeniem naturalnego porządku rzeczy.

Kto tu kogo dyskryminuje?

Cały ten proces prowadzi się w języku równości i przeciwdziałania dyskryminacji. Tym bardziej trzeba nazwać rzecz wprost: to dopiero jest przejaw prawdziwej dyskryminacji. I to kogo? Tych, którzy stworzyli instytucję szkoły, uniwersytetu. A kto prześladuje? Ci, którzy je przejęli.

Odwrócenie ról jest tu podwójne. Twórcę przedstawia się jako intruza, opisując obecność religii w szkole jako czynnik zewnętrzny, jako wpływ, nacisk i obecność wymagającą uzasadnienia. Tak jakby stanem wyjściowym szkoły była świeckość, a wiara przyszła do niej później jako coś nieistotnego i niepotrzebnego. Ten zaś, kto uzurpuje sobie rolę gospodarza szkoły, występuje w charakterze jej obrońcy przed zewnętrznym zagrożeniem, za które mają być uznani jej fundatorzy i to, co stanowi jej istotowy wymiar.

Dr Artur Górecki – dyrektor Centrum Edukacyjnego Ordo Iuris

Zobacz też:

Źródło zdjęcia okładkowego: iStock

Wesprzyj nas

Czytaj więcej

Christianitas, szkoła i marsz przez instytucje
4 września 2026

Christianitas, szkoła i marsz przez instytucje

Szkoła, uniwersytet i szpital są wynalazkami chrześcijańskiej Europy, a nie…

Prawo, z którego się nie korzysta, wygasa. O wolności szkół katolickich
24 sierpnia 2026

Prawo, z którego się nie korzysta, wygasa. O wolności szkół katolickich

Trybunał Konstytucyjny trzykrotnie uznał niezgodność z Konstytucją przepisów o lekcji…

Szkoła podstępu, czyli forsowanie edukacji „zdrowotnej”
14 sierpnia 2026

Szkoła podstępu, czyli forsowanie edukacji „zdrowotnej”

Ministerstwo Edukacji Narodowej wycofało z obowiązkowego programu edukacji zdrowotnej tylko…

Reforma26: Kompas bez Północy. Ku ostatecznej destrukcji polskiej szkoły
11 czerwca 2026

Reforma26: Kompas bez Północy. Ku ostatecznej destrukcji polskiej szkoły

Reforma26. Kompas Jutra jest błędem nie tylko organizacyjnym czy programowym…

Dewey i klasyczna filozofia wychowania: spór o naturę człowieka i cel edukacji
27 maja 2026

Dewey i klasyczna filozofia wychowania: spór o naturę człowieka i cel edukacji

Filozofia Deweya wyrasta na gruncie naturalistycznego darwinizmu. Człowiek jest dlań…

Dlaczego demoliberalizm nie może rozstrzygnąć sporu o wychowanie – kryzys fundamentów
11 maja 2026

Dlaczego demoliberalizm nie może rozstrzygnąć sporu o wychowanie – kryzys fundamentów

Kryzys moralny nowoczesności ma swoje filozoficzne źródło – tkwi ono w…