główne PUNKTY
1
Trybunał Konstytucyjny trzykrotnie (w latach 2024–2025) orzekł niekonstytucyjność rozporządzeń dotyczących lekcji religii, a rząd nie ogłosił żadnego z tych wyroków w Dzienniku Ustaw.
2
Konstytucja (art. 48, 53 i 70) oraz Konkordat przyznają pierwotne prawo do wychowania i wyboru edukacji religijnej dzieci rodzicom, nie szkole czy Kościołowi – szkoła realizuje jedynie prawo powierzone jej przez rodziców.
3
Artykuł 25 ust. 2 Konstytucji nakazuje władzom bezstronność wobec przekonań religijnych i światopoglądowych, a nie laickość, co Trybunał potwierdził już w wyroku z 2 grudnia 2009 r. (U 10/07).
4
Konkordatowe „minimum programowe” dawało szkołom katolickim autonomiczny program nauczania, lecz ustawodawca nigdy nie przełożył tej gwarancji na prawo krajowe, a „podstawa programowa” wypełniła praktycznie całą siatkę godzin.
5
Nowy obowiązkowy przedmiot „edukacja zdrowotna”, wprowadzony rozporządzeniami z lipca 2026 r., opiera się na spornej antropologii człowieka. Szkoły katolickie powinny jak najszybciej skorzystać z posiadanej już autonomii programowej.

Ile zostało z wolności programowej szkoły katolickiej?
Trzy wyroki Trybunału Konstytucyjnego. Zero publikacji w Dzienniku Ustaw.
To cały obraz sytuacji, w jakiej polskie szkoły katolickie wchodzą we wrzesień 2026 roku. Trybunał trzykrotnie orzekł, że rząd nie mógł zrobić tego, co zrobił z lekcją religii. Za pierwszym razem, 27 listopada 2024 r. w sprawie o sygn. U 10/24, stwierdził niezgodność z Konstytucją rozporządzenia z 26 lipca 2024 r., które pozwalało łączyć uczniów z różnych oddziałów i roczników w jedną grupę katechetyczną, wbrew stanowisku strony kościelnej. Za drugim, 22 maja 2025 r. w sprawie U 11/24, stwierdził niekonstytucyjność przepisów rozporządzenia z 22 marca 2024 r. o ocenianiu, wykluczających ocenę z religii ze średniej. Za trzecim, 3 lipca 2025 r. w sprawie U 2/25, zakwestionował rozporządzenie z 17 stycznia 2025 r., redukujące katechezę do jednej godziny tygodniowo i nakazujące umieszczać ją na pierwszej albo ostatniej godzinie lekcyjnej.
Trybunał nie orzekał, jak zorganizować lekcje religii, ale wskazał na złamanie jasnego trybu podejmowania decyzji w tej sprawie. Rząd mógł tę wadę usunąć, siadając do rozmowy i wypracowując porozumienie ze stroną kościelną. Wybrał inną drogę: nie uznał żadnego z wyroków i żaden z nich nie został ogłoszony. To zaś nazywa się bezprawiem, a jego ofiarami padają szkoły katolickie, rodzice i dzieci, którzy zostają zawieszeni w stanie prawnej niepewności, nieustannego prawnego ryzyka.
Trzy pytania i jedna diagnoza
Kiedy podczas wygłaszania tego wykładu zapytałem dyrektorów szkół katolickich zgromadzonych na Jasnej Górze, ilu z nich wlicza ocenę z religii do średniej, zapewnia dwie godziny katechezy i traktuje religię na równi z innymi przedmiotami w siatce zajęć, w górę poszła za każdym razem inna i za każdym razem niepełna liczba rąk.
Nie miałem zamiaru nikogo rozliczać, bo uwarunkowania każdej szkoły są inne: inna grupa rodziców, inne kuratorium. Chodziło o pokazanie samego zjawiska naruszenia autonomii szkolnictwa wyznaniowego. Jeżeli trzykrotne orzeczenie sądu konstytucyjnego nie zmienia praktyki w szkole, to znaczy, że nasze prawo istnieje tylko na papierze. I nazwijmy rzecz po imieniu: to, że dyrektor szkoły katolickiej musiał w ostatnich dwóch latach wybierać między posłuszeństwem prawu a spokojem w relacjach z administracją, jest stanem, którego państwo prawne nie może tolerować.
Szkoła ma tylko prawa rodziców
Kiedy mówimy o szkolnictwie katolickim jako prawie Kościoła, to przegrywamy, bo stawiamy sprawę na głowie. Szkoła nie dysponuje żadnym własnym, pierwotnym prawem do wychowywania i kształcenia dzieci. Wszystko, co ma, otrzymała od rodziców. W tym to co najcenniejsze, czyli delegowane przez rodziców prawo do kształcenia i wychowywania ich dzieci w duchu mądrości i wiary.
Artykuł 48 ust. 1 Konstytucji: „Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”. Trzeba zawsze podkreślać, że konstytucja tego prawa nie ustanawia, lecz jedynie je potwierdza. Rodzina, jako wspólnota uprzednia wobec państwa, jest wspólnotą naturalną a jej prawa należą do prawa naturalnego, uprzedniego wobec wszelkich norm prawa stanowionego. I ta zasada znajduje uznanie w Konstytucji, w prawach człowieka, w zdrowym rozsądku nakazującym zaufać rodzicom w wyborze edukacji dzieci… jednak nie znajduje uznania w praktyce rządu, który dzieciom, rodzicom i szkole chce narzucić program kształcenia i program wychowawczy sprzeczny z ich wolą, z wybraną tożsamością placówki, z wiarą.
Drugim ogniwem konstytucyjnej gwarancji jest art. 53 ust. 3: „rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami”. Przepis zamieszczony w rozdziale o wolnościach konkretyzuje wolność religijną i wprost odsyła do art. 48 ust. 1, nie jest więc słabszym, osobnym uprawnieniem wyznaniowym, przyznanym z łaski.
Trzecie ogniwo to art. 70 ust. 3, dający rodzicom wolność wyboru dla dzieci szkół innych niż publiczne, a obywatelom i instytucjom prawo zakładania szkół, przy czym warunki udziału władz publicznych w ich finansowaniu określa ustawa. Podmiotem tej wolności są znowu rodzice, nie „wspólnoty” i nie „organizacje”.
Konstytucja nie toleruje szkolnictwa katolickiego jako dopuszczalnego wyjątku; buduje pełną architekturę, od ochrony pierwszeństwa wychowawczego rodzica, poprzez gwarancje wolności religijnej po gwarancje instytucjonalne, zawierające w sobie prawo do wyboru szkoły, także szkoły niepublicznej.
Nie jest to polska specyfika. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka w art. 26 ust. 3 przyznaje rodzicom „prawo pierwszeństwa w wyborze nauczania, które ma być dane ich dzieciom”, a w oryginale mowa o the kind of education, o rodzaju kształcenia, nie tylko o formacji moralnej. To istotne, bo dzisiejsza gra polega na rozdzieleniu tych pojęć: wychowanie łaskawie zostawia się rodzicom, a nauczanie ogłasza się „neutralną wiedzą”, którą dyktuje ministerstwo. Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych zobowiązuje w art. 18 ust. 4 do poszanowania wolności rodziców „do zapewnienia swym dzieciom wychowania religijnego i moralnego zgodnie z własnymi przekonaniami”, a art. 2 Protokołu nr 1 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka czyni z prawa rodziców element prawa do nauki. Najbardziej niedoceniana jest konwencja paryska UNESCO z 15 grudnia 1960 r. w sprawie zwalczania dyskryminacji w dziedzinie oświaty (Dz.U. z 1964 r. Nr 40, poz. 268), według której nikomu nie należy narzucać wychowania religijnego niezgodnego z jego przekonaniami. Ochroną objęte są przy tym także przekonania niereligijne, bo Trybunał w Strasburgu od sprawy Campbell i Cosans przeciwko Wielkiej Brytanii z 1982 r. czyta „przekonania filozoficzne” symetrycznie z religijnymi.
Bezstronność to nie laickość
Trzeba jeszcze rozprawić się z twierdzeniem, które publicyści, a czasem i prawnicy, powtarzają w polskiej debacie publicznej. Polski porządek konstytucyjny nie zna zasady państwa laickiego ani państwa bezwyznaniowego.
Artykuł 25 ust. 2 nakazuje władzom publicznym „bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”. Każde z tych słów wybrano przeciw formule laickiej. Bezstronność, a nie neutralność: ustrojodawca odrzucił termin obciążony treścią francuską i pozostałą po PRL. Bezstronność symetryczna: obowiązuje wobec przekonań religijnych i światopoglądowych na równi, więc nie pozwala uprzywilejować światopoglądu areligijnego pod pozorem wiedzy neutralnej. I wreszcie przepis nie kończy się na bezstronności, lecz nakazuje zapewnić swobodę wyrażania przekonań w życiu publicznym. Laickość wypycha religię ze sfery publicznej; art. 25 ust. 2 nakazuje władzy tę sferę religii otworzyć. Dodajmy art. 25 ust. 3, według którego stosunki z kościołami kształtuje się „na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego”, oraz art. 53 ust. 4, dopuszczający religię jako przedmiot nauczania w szkole.
To nie jest moja interpretacja, lecz utrwalona wykładnia Trybunału Konstytucyjnego. W wyroku z 2 grudnia 2009 r. w sprawie U 10/07 Trybunał uznał wliczanie oceny z religii do średniej za zgodne z art. 25 ust. 1 i 2 oraz art. 53 ust. 3 Konstytucji i dodał, że to państwo naruszyłoby bezstronność, gdyby narzucało własny program nauczania religii albo sprowadzało je do religioznawstwa. Bezstronność ma zresztą ostrze obosieczne i dobrze, że ma: zabrania państwu narzucać katolicyzm tym, którzy go nie wybrali, i zabrania narzucać areligijność tym, którzy wybrali katolicyzm.
„Minimum programowe”, które zjadło cały program
Dlaczego zatem tej samej autonomii nie czujemy w szkolnictwie? Odpowiedź zaczyna się w Konkordacie z 28 lipca 1993 r., umowie ratyfikowanej za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie z 8 stycznia 1998 r. Ten charakter konkordatu ma konsekwencje. Zgodnie z art. 91 ust. 2 Konstytucji, jeżeli ustawy nie da się pogodzić z Konkordatem, pierwszeństwo ma Konkordat. Artykuł 12 ust. 1 konkordatu zobowiązuje państwo do zagwarantowania, że szkoły publiczne i przedszkola „organizują zgodnie z wolą zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć szkolnych i przedszkolnych”. Na tym jednym zwrocie — „w ramach planu” — opiera się linia orzecznicza Trybunału: skoro w ramach planu, to nie na jego obrzeżach i na równych zasadach z innymi lekcjami.
Prawdziwa stawka jest jednak w art. 14 Konkordatu. Ustęp 1 daje Kościołowi prawo „zakładać i prowadzić placówki oświatowe i wychowawcze […]”. Ustęp 2 rozstrzyga rzecz najważniejszą: „W realizowaniu minimum programowego przedmiotów obowiązkowych […] szkoły te podlegają prawu polskiemu. W realizowaniu programu nauczania pozostałych przedmiotów szkoły te stosują się do przepisów kościelnych”.
Mamy więc ratyfikowany tytuł prawny do własnego programu nauczania. W polskim prawie ustawowym odpowiednika tej gwarancji jednak nie ma i tu jest rdzeń problemu. Artykuł 21 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z 17 maja 1989 r. przyznaje kościołom prawo zakładania i prowadzenia szkół, ale wyłącznie „na zasadach określonych w ustawach”, a dotowanie ich uzależnia od „przypadków i zasad określonych w odrębnych ustawach”. Ani słowa o minimum programowym. Ustawodawca nigdy nie przełożył art. 14 ust. 2 Konkordatu na język prawa krajowego, a art. 14 ust. 3 ustawy Prawo oświatowe wymaga od szkół niepublicznych o uprawnieniach szkoły publicznej realizowania programów uwzględniających całą podstawę programową. Mamy zatem ratyfikowaną gwarancję traktatową bez ustawowego wykonania i z ustawą, która jej przeczy. To kolizja z art. 91 ust. 2 Konstytucji i to ona powinna być przedmiotem pytania do Trybunału.
Do tego doszła zmiana, której nikt nie ogłaszał. W 1993 roku „minimum programowe” rozumiano dosłownie jako minimum minimorum: rdzeń wiedzy, który państwo musi zapewnić każdemu absolwentowi, przy czym wszystko poza tym rdzeniem należało do szkoły. Nazwa „minimum programowe” znana z Konkordatu zniknęła z polskiego prawa oświatowego wraz z kolejnymi reformami szkolnictwa, zastąpiona przez „podstawę programową”. Dziś podstawa programowa wypełnia praktycznie całą siatkę godzin. Konkordatowa zasada, że minimum państwowe poszerzone jest o autonomiczny program szkoły katolickiej, stała się martwa.
Mam do tej diagnozy proste pytanie kontrolne. Ile lektur Państwa szkoła dodaje do listy ministerialnej? Nie twierdzę, że wolna szkoła musi czytać coś innego niż lista ministra; mogłaby przyjąć ją całą pod jednym warunkiem, że przyjmie ją dlatego, iż uznała ją za dobrą, a nie dlatego, że nie mogła inaczej. To pytanie nie mierzy liczby lektur, lecz to, czy w szkole zapadła w tej sprawie jakakolwiek własna decyzja. Że najczęściej nie zapadła, nie wynika wyłącznie z rozporządzeń: system egzaminów, od ósmoklasisty po maturę, zbudowano tak, że autonomiczna decyzja programowa obraca się przeciw dziecku. Ujednolicenie wbudowano w konstrukcję, nie tylko wpisano do przepisu. I tu muszę powiedzieć rzecz najtrudniejszą, bo skierowaną do wewnątrz: część wolności programowej szkolnictwa katolickiego nie jest nam odbierana. Sami z niej nie korzystamy.
Co naprawdę mogłoby być minimum?
Skoro Konstytucja daje pierwszeństwo rodzicom, to na jakiej podstawie minister rozporządzeniem rozstrzyga o przeważającej części programu szkoły katolickiej?
Gdzie zatem szukać progu? W jednym miejscu, w którym Konstytucja mówi cokolwiek o treści obligatoryjnego kształcenia, czyli we wstępie do niej. Jesteśmy w nim „wdzięczni naszym przodkom […] za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i w ogólnoludzkich wartościach” i „zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku”. Ten sam wstęp mówi jeszcze jedno, o czym w sporach o szkołę milczymy: Rzeczpospolita jest oparta „na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot”. Pomocniczość nie znaczy: niech się państwo nie wtrąca. Znaczy: państwo ma pomóc rodzinie zrobić to, co do rodziny należy, a wolno mu ją zastąpić tylko wtedy, gdy ona zawodzi, i tylko tak, żeby przywrócić jej zdolność działania. Przedmiot obowiązkowy, z którego rodzic nie może wypisać dziecka, tego testu nie przechodzi w żadnym punkcie.
Stąd nasz postulat, który nazywamy „konstytucją polskości”. Minimum programowe powinno obejmować to, co niezbędne, by absolwent polskiej szkoły miał fundament tożsamościowy: język, historię, kulturę, wiedzę o własnym państwie i o dorobku, z którego wyrósł. Wszystko powyżej tego progu należy do rodziców i wybranej przez nich szkoły.
Tak, państwo ma tytuł do wymagania czegoś od każdej szkoły, także od katolickiej, bo wspólnota polityczna, która nie przekazuje warunków własnego trwania (tożsamości, w tym kultury, wiary, historii), przestaje istnieć w jedno pokolenie. Nasz spór nie dotyczy więc tego, czy państwo ma prawo czegoś wymagać, lecz skali tych wymagań.
Nie ma konstytucyjnie i konkordatowo zagwarantowanej autonomii i niezależności szkolnictwa wyznaniowego, jeżeli próg ten obejmuje obligatoryjnym programem rządowym cały niemal program edukacyjny i wychowawczy szkoły.
Edukacja zdrowotna: spór o antropologię
Rozporządzenia wprowadzające nowy przedmiot minister edukacji podpisała 8, 13, 17 i 22 lipca 2026 r., cztery akty w dwa tygodnie. Od 1 września 2026 r. edukacja zdrowotna jest przedmiotem obowiązkowym, a moduł „zdrowie seksualne” pozostaje nieobowiązkowy i nieoceniany, z możliwością pisemnej rezygnacji odwoływalnej w każdym momencie. Nie muszę odgadywać intencji ministerstwa, wystarczy skutek: przepisy przebudowujące ustrój przedmiotu wydano na kilka tygodni przed rozpoczęciem roku szkolnego, a Trybunał od lat wywodzi z art. 2 Konstytucji wymóg odpowiedniej vacatio legis, czyli realnego czasu na dostosowanie się. Ten czas adresatom odjęto, i to jest zarzut prawny, nie domysł.
Sednem sporu nie jest jednak moduł, z którego można się wypisać, lecz część obowiązkowa. Powiem najpierw, w co wierzy druga strona. Za nowym przedmiotem stoi obraz człowieka, w którym osoba jest autorem samej siebie, a nie odbiorcą własnej natury; ciało jest materiałem; zdrowie to subiektywnie odczuwany dobrostan; a ponieważ w społeczeństwie podzielonym nie sposób ustalić, co dobre, jedyną wspólną moralnością zostaje unikanie krzywdy.
Ten obraz człowieka nie jest neutralny, jest antropologią, a wprowadzenie go do edukacji obowiązkowej nie usuwa doktryny z lekcji, tylko wymienia jedną doktrynę na drugą, z tą różnicą, że ta druga nazywa siebie wiedzą.
Przechodząc do treści: analizy naszych ekspertów wskazują, że także w części obowiązkowej pojawiają się treści wychowawcze, a nie informacyjne — rozwód przedstawiony jako neutralne rozwiązanie konfliktu, związki jednopłciowe wraz z katalogiem uprawnień, a wreszcie założenie, że kto tych postulatów nie popiera, kieruje się homofobią. Zachęcam dyrektorów, by sprawdzili to sami w wymaganiach szczegółowych załączników do rozporządzeń, bo dosłowny cytat z dokumentu jest w rozmowie z organem nadzoru wart więcej niż cała publicystyka. Rozróżnijmy przy tym dwie rzeczy, bo na nich stoi cały spór. Uznanie osoby jest naszym obowiązkiem i nikt tu nikomu nie robi łaski: każdemu człowiekowi należy się szacunek, którego nie warunkuje się poglądem na jego temat. Czym innym jest uznanie tezy, że o tym, kim człowiek jest, rozstrzyga jego samookreślenie. To jest założenie ideologiczne i ta ideologia, sprzeczna z antropologią chrześcijańską, zyskuje rządową sankcję obowiązywania, w tym obligatoryjnego kształtowania w jej duchu całego pokolenia Polaków.
Wolność jest sprawnością
Wniosek do Trybunału Konstytucyjnego złożyła 4 sierpnia 2026 r. grupa parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości, żądając wstrzymania stosowania rozporządzeń. Szkoły nie powinny jednak planować września w założeniu, że wstrzymanie obowiązywania rozporządzeń nastąpi, tym bardziej że ministerstwo zapowiedziało już, iż wdrożenia nie wstrzyma, ponieważ Trybunału nie uznaje. Instytut Ordo Iuris przygotuje poradnik w każdym z możliwych wariantów, a jeżeli zaczną się postępowania administracyjne, prawnicy Instytutu staną przy szkołach i zapewnią im prawne wsparcie.
W naszej ocenie szkoły katolickie mogą oczekiwać od rodziców aktywnego wypisania ich dzieci z nieobligatoryjnej części edukacji zdrowotnej – z edukacji seksualnej. Jednocześnie trzeba spodziewać się, że wielu rodziców nie będzie chciało uczestnictwa swych dzieci w zajęciach obligatoryjnych. I dla nich powinno znaleźć się w granicach prawa stosowne rozwiązanie, jak chociażby usprawiedliwione nieobecności na zajęciach, zakończone przystępnym egzaminem na koniec roku szkolnego.
Zostaje pytanie, dlaczego piszę o tym w tonie tak naglącym, skoro prawo mamy po swojej stronie. Pozwalając na systematyczne, coraz głębsze naruszenia autonomii szkolnictwa katolickiego oraz godząc się na to, że program kształcenia w znakomitej większości dyktuje naszym szkołom rząd, powoli wyzbywamy się i autonomii i niezależności i prawa do obrony prawdziwie katolickiego kształcenia. Milcząco przyzwalamy na odebranie nam praw, które z takim trudem obejmowano gwarancjami systemu praw człowieka, konstytucji i konkordatu.
Dlatego autonomii trzeba się domagać teraz i na tym poziomie, na którym jest jeszcze osiągalna. Najprościej zacząć od trzech decyzji, które nic nie kosztują i są wykonalne w tym tygodniu: wliczyć ocenę z religii do średniej, zaplanować dwie godziny katechezy, zdjąć religię z godzin krańcowych i wprowadzić ją do zwykłej siatki zajęć. Potem dodać własne lektury i opisać podstawę prawną decyzji wychowawczych szkoły, żeby w razie sporu nie improwizować.
Autonomia szkół nie służy wygodzie ich dyrekcji, ale jest gwarancją realizacji prawa rodziców do wyboru kształcenia katolickiego. Rozsądna i przemyślana konfrontacja z bezprawnymi uzurpacjami rządu jest konieczna. Bez tej konfrontacji zdradzimy prawo rodziców do wychowania ich dzieci oraz odmówimy dzieciom prawa do katolickiej edukacji. Asertywna postawa w tej sprawie jest współczesnym świadectwem rozwagi i wiary.
Adw. Jerzy Kwaśniewski – prezes Ordo Iuris
Zobacz też:
Źródło zdjęcia okładkowego: iStock







