główne PUNKTY

1

Potoczne rozumienie realizmu jako gotowości do ugody z każdą władzą i rezygnacji z zasad, gdy zaczynają kosztować, jest w istocie zaprzeczeniem jego pierwotnego, filozoficznego znaczenia.

2

W tradycji arystotelesowsko-tomistycznej realizm oznacza przekonanie, że rozum może poznać byt takim, jaki jest, a prawda polega na zgodności intelektu z rzeczą: to rozum dostosowuje się do rzeczywistości.

3

Odchodzenie od realizmu zapoczątkował średniowieczny nominalizm Wilhelma Ockhama, a pogłębiła je nowożytna filozofia Kartezjusza i Kanta. Jej odległym potomkiem jest współczesny konstruktywizm.

4

Utożsamienie realizmu ze skutecznością zawiesza pytanie o prawdę i słuszność celów. Kard. Joseph Ratzinger opisywał ten proces jako zawężenie rozumu, którego owocem jest „dyktatura relatywizmu”.

5

Ludzie wierni prawdzie kosztem doczesnego sukcesu nie przegrywają z rzeczywistością. Możliwe, że biorą pod uwagę więcej jej wymiarów, w tym wymiar moralny i ukierunkowany na wieczność.


Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Myśl Konserwatywna

Kilka dni temu wziąłem udział w rozmowie, w której raz po raz wracało słowo „realizm” — głównie, choć nie wyłącznie, w kontekście politycznym. Rozmówcy zgadzali się, że nazywanie kogoś realistą nie jest komplementem pod adresem jego zaradności życiowej. Wybrzmiewało w tej rozmowie ciche, ale wyraźne przeświadczenie, że to właśnie ludzie deklarujący się jako realiści najczęściej nie radzą sobie w codziennym życiu: w karierze, w sprawach praktycznych, w urządzaniu sobie świata.

Ta obserwacja skłoniła mnie do napisania kilku refleksji na temat tego, czym jest ów realizm. Wydaje się, że spora część problemu bierze się z tego, że samo słowo „realizm” bywa dziś różnie rozumiane.

Dwa znaczenia jednego słowa

Słowo „realizm” zrobiło w ostatnich dekadach karierę, przy okazji gubiąc chyba właściwy sens. W ustach wielu oznacza dziś gotowość do ugody z każdą siłą polityczną, która akurat rządzi. W potocznej rozmowie znaczy tyle co rezygnacja z zasad, gdy zaczynają one nas kosztować. Być realistą, w tym języku, to dostosować się, przeliczyć zyski i straty, zrobić to, co akurat skuteczne. Realizm stał się synonimem sprytu życiowego, a bywa, że wprost cynizmu, i przeciwstawia się „idealizmowi” pojmowanemu jako naiwność, nieporadność w grze o władzę i pieniądze.

Słowo to ma jednak znacznie starszą historię, w której znaczy coś innego niż przystosowanie się do okoliczności. Było nazwą stanowiska filozoficznego, zakładającego, że rzeczywistość istnieje niezależnie od naszych pragnień i interesów, ma własną, poznawalną strukturę, a rozum ma za zadanie tę strukturę odkryć. Gdy wraca się do tego pierwotnego znaczenia, widać, że to, co dziś nazywa się „realizmem” w polityce i w życiu codziennym, jest w istocie jego zaprzeczeniem.

Zamieszanie bierze się częściowo stąd, że słowo „realizm” bywa używane w różnych obszarach naszego życia. W malarstwie to wierność wyglądowi rzeczy, dokładność odwzorowania. W polityce międzynarodowej realizmem nazywa się szkołę myślenia każącą patrzeć na państwa przez pryzmat interesu i siły. W prawie amerykańskim „realizm prawniczy” był ruchem twierdzącym, że o kształcie prawa decydują w praktyce konkretni sędziowie, znacznie bardziej niż litera kodeksu. Żadne z tych znaczeń nie musi być błędne w danym aspekcie. Żadne z nich nie jest też tym samym, co realizm filozoficzny w sensie klasycznym, a kłopot zaczyna się, gdy te znaczenia się mieszają: ktoś, powołując się na „realizm” w sensie politycznym czy życiowym, sugeruje przy okazji, że stoi po stronie prawdy o rzeczywistości, podczas gdy w istocie mówi jedynie o tym, co skuteczne w danym rozdaniu sił.

Realizm poznawczy

W klasycznej, arystotelesowsko-tomistycznej tradycji filozoficznej realizm poznawczy oznacza przekonanie, że ludzki umysł jest zdolny poznać byt takim, jaki on jest. Prawda polega na zgodności intelektu z rzeczą (adaequatio intellectus et rei): to rozum dostosowuje się do rzeczywistości, nie odwrotnie. Świat nie czeka biernie, aż nadamy mu sens — ma swoją naturę, swoje przyczyny i cele, zanim jeszcze o nich pomyślimy, a ich poznanie jest właściwym zadaniem rozumu.

Spór o to, czy taka struktura w ogóle istnieje i czy jest poznawalna, jest tak stary jak sama filozofia. Platon umieścił prawdziwą rzeczywistość w świecie idei, a to, co dane zmysłom, uznał za cień. Arystoteles, jego uczeń, sprowadził formy z powrotem do samych rzeczy: to konkretny byt jest tym, co realne, a umysł poznaje go przez abstrakcję, wydobywając z materialnych rzeczy ich rozumną strukturę. Św. Tomasz z Akwinu przejął tę intuicję i osadził ją w metafizyce stworzenia; rzeczy są poznawalne, bo mają określoną naturę nadaną im przez akt istnienia, a rozum ludzki, choć skończony, jest naprawdę zdolny tę naturę uchwycić.

Historycznym punktem zwrotnym, po którym realizm zaczął tracić grunt w filozofii zachodniej, był spór o powszechniki u schyłku średniowiecza. Wilhelm Ockham i inni nominaliści zakwestionowali, jakoby pojęciom ogólnym, takim jak „człowieczeństwo” czy „sprawiedliwość”, odpowiadała jakakolwiek wspólna natura w samych rzeczach. Dla nominalisty istnieją tylko poszczególne, jednostkowe byty, a ogólne pojęcia są wygodnymi nazwami, które umysł nakłada na rzeczywistość. To pozornie techniczne rozstrzygnięcie logiczne miało dalekosiężne konsekwencje: skoro nie ma wspólnej natury rzeczy, do której rozum mógłby się dostosować, więź między umysłem a światem robi się luźniejsza, a prawda zaczyna się przesuwać z porządku bytu w stronę porządku konwencji, użyteczności czy władzy.

Nowożytność poszła tym śladem dalej. Kartezjusz szukał pewności w samej świadomości myślącego podmiotu, czyniąc z niej punkt wyjścia całej filozofii. Kant uznał rzecz samą w sobie za niepoznawalną i przesunął ciężar poznania na struktury samego umysłu, które organizują dane zmysłowe według własnych reguł. Od tego momentu pytanie „jak jest naprawdę” zaczęło ustępować pytaniu „jak to się nam jawi”, a w wersjach jeszcze bardziej radykalnych — pytaniu „co nam się opłaca uznać za prawdziwe”. Współczesny konstruktywizm, twierdzący, że prawda jest funkcją władzy, kultury albo indywidualnego wyboru, jest odległym, ale rozpoznawalnym potomkiem tej samej linii myślenia.

Sama tradycja realistyczna nie jest przy tym w pełni jednomyślna co do tego, jak istnieją powszechniki. Realizm skrajny, bliski Platonowi, umieszcza naturę ogólną w osobnym, niezależnym świecie idei, istniejącym obok rzeczy jednostkowych. Realizm umiarkowany, główny nurt tradycji arystotelesowsko-tomistycznej, twierdzi skromniej: natura ogólna istnieje realnie w samych rzeczach jednostkowych, jako to, co wspólne wielu bytom tego samego gatunku, a umysł wydobywa ją stamtąd przez abstrakcję. Wersja umiarkowana pozwala uniknąć zarzutu, że realizm każe wierzyć w istnienie jakiegoś tajemniczego królestwa idei, oderwanego od rzeczywistego świata. Rzeczy jednostkowe naprawdę mają wspólną naturę, a nie tylko wspólną nazwę.

Kto bierze rzeczywistość na serio, musi brać na serio także jej wymiar moralny, naturę człowieka, hierarchię dóbr, prawo naturalne — tak samo jak wymiar empiryczny czy polityczny. Realistą w ścisłym sensie jest ten, kto uznaje istnienie prawdy niezależnej od własnej woli.

Paradoks realizmu w sztuce

Pouczający paradoks kryje się też w realizmie artystycznym. Dziewiętnastowieczny ruch realistyczny w malarstwie i literaturze, kojarzony z nazwiskami takimi jak Gustave Courbet czy Émile Zola, określał się jako odejście od idealizacji na rzecz wiernego, nieupiększonego przedstawiania życia, zwłaszcza życia ludzi prostych, brzydoty, nędzy, codzienności pomijanej dotąd przez sztukę wysoką. W tym sensie „realizm” oznaczał tu odwagę patrzenia na to, co dane zmysłom, bez retuszu.

Filozoficznie jednak ten ruch był w znacznej mierze dzieckiem pozytywizmu i naturalizmu: zakładał, że rzeczywistość, która się liczy, to rzeczywistość materialna, obserwowalna, dająca się opisać metodą zbliżoną do naukowej, a wszystko, co wykracza poza to, co empiryczne, należy do sfery złudzeń albo ideologii. Zola sam pisał o powieści eksperymentalnej na wzór nauk przyrodniczych. Tak rozumiany realizm artystyczny, choć nosi tę samą nazwę co realizm poznawczy, stoi w istocie bliżej nominalizmu i empiryzmu: zawęża pole rzeczywistości do tego, co materialne i mierzalne, dokładnie tak samo jak nowożytny rozum instrumentalny. Ten sam wyraz służy więc do nazwania dwóch stanowisk niemal przeciwnych. Jednego, które poszerza pojęcie rzeczywistości o to, co niematerialne i konieczne, i drugiego, które je zawęża do tego, co fizyczne i przygodne. To zamieszanie terminologiczne jest kolejnym dowodem na to, że słowa „realizm” nie można używać bezrefleksyjnie, jakby miało ono jedno, oczywiste znaczenie wspólne dla wszystkich kontekstów.

Realizm w sądzie i gabinecie psychologa

Podobne przesunięcie znaczenia widać w dwóch innych dziedzinach, wartych krótkiego wspomnienia, zanim przejdzie się do sedna sprawy. „Realizm prawniczy”, ruch intelektualny silny zwłaszcza w amerykańskich wydziałach prawa na początku dwudziestego wieku, twierdził, że o kształcie prawa w praktyce decydują konkretni sędziowie w konkretnych sprawach, z całym bagażem swoich przekonań i uprzedzeń — znacznie bardziej niż litera kodeksu. Jako opis socjologiczny bywa trafny: rzeczywiście, wyroki nie wynikają automatycznie z litery prawa. Kłopot zaczyna się, gdy z tego opisu wyciąga się wniosek normatywny, że nie ma sensu pytać, czy dany wyrok jest sprawiedliwy, bo „i tak liczy się tylko to, co orzeknie sąd”. Opis mechanizmu władzy zostaje wtedy po cichu zamieniony w twierdzenie, że poza tym mechanizmem nic więcej nie ma — dokładnie ten sam schemat błędu, co w polityce.

Jeszcze bliżej codziennego doświadczenia jest potoczne, terapeutyczne użycie słowa „realizm”, znane z poradników i gabinetów: „bądź realistą”, co w tym kontekście najczęściej znaczy „obniż oczekiwania”, „nie wierz w zbyt wiele”, „dostosuj marzenia do swoich możliwości”. Rada ta bywa mądra, gdy chroni przed złudzeniami co do własnych sił czy okoliczności. Staje się jednak fałszywym realizmem, gdy niepostrzeżenie przenosi się ze środków na same cele moralne, gdy „bądź realistą” znaczy w istocie „przestań wierzyć, że warto być uczciwym, skoro nieuczciwość bardziej się opłaca”, albo „nie oczekuj od siebie wierności zasadom, bo to nierealistyczne w dzisiejszym świecie”. Terapeutyczny realizm w tej wersji robi dokładnie to, co polityczny i prawniczy: zawęża pole rzeczywistości do tego, co doraźnie wygodne, i tę zawężoną wersję przedstawia jako dojrzałość.

Skuteczność jako podróbka realizmu

Stąd już blisko do zrozumienia, dlaczego potoczne utożsamienie realizmu ze skutecznością w działaniu jest błędem, i to błędem o poważnych konsekwencjach. Skuteczność to kategoria czysto instrumentalna. Liczy się dla niej wyłącznie to, czy dane działanie prowadzi do celu. Pytanie o to, czy sam cel jest dobry, a droga do niego słuszna, w ogóle nie pada. Można być bardzo skutecznym w realizacji celu złego. Utożsamienie realizmu ze skutecznością oznacza więc w praktyce zawieszenie pytania o prawdę i dobro na rzecz pytania czysto technicznego: co działa? Współcześnie tym myśleniem jest skażone wiele środowisk, które mienią się konserwatywnymi.

Kardynał Joseph Ratzinger opisywał dokładnie ten mechanizm jako jeden z podstawowych błędów nowożytności i wracał do niego w wielu miejscach swoich prac. Już we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” pokazywał, jak nowożytny rozum, definiując prawdę przez to, co człowiek sam wytworzył i może sprawdzić (verum quia factum), stopniowo traci dostęp do prawdy o bycie, o Bogu, o naturze człowieka — o wszystkim, czego sam nie wytworzył. Rozum, który uznaje za realne tylko to, co sam skonstruował albo czym może manipulować, skurczył się do rozumu instrumentalnego, zdolnego liczyć środki wiodące do celów, ale niezdolnego już osądzić, czy same cele są słuszne.

W homilii wygłoszonej tuż przed konklawe w 2005 roku Ratzinger nazwał dojrzały owoc tego procesu „dyktaturą relatywizmu” – stanem, w którym jedynym dostępnym kryterium zostaje to, co skuteczne, popularne albo zgodne z duchem chwili, bo zrezygnowano z pytania o to, co po prostu prawdziwe. W wykładzie ratyzbońskim z 2006 roku wiązał ten proces z zawężeniem samego pojęcia rozumu na Zachodzie. Rozum, który uznaje za naukowe wyłącznie to, co da się zmierzyć i sfalsyfikować metodą przyrodniczą, wypycha poza obszar racjonalności pytania o dobro, sens i cel, spychając je do sfery czysto subiektywnych przekonań. Taki rozum nie staje się przez to skromniejszy. Robi się węższy — zamyka się w polu tego, co da się obliczyć i skontrolować, i to skurczone pole bierze za całość rzeczywistości.

To jest fałszywy realizm: redukcja rzeczywistości do wycinka, którym łatwo manipulować, podszywająca się pod jej odkrycie. Polityk, który mówi, że trzeba być realistą, i rezygnuje z obrony prawdy o ludzkim życiu czy o naturze małżeństwa, bo akurat nie jest to w danym momencie popularne, lekceważy rzeczywistość (czasami daje mu to oczekiwane słupki sondażowe). Realizm zredukowany do skuteczności jest formą kapitulacji, która sama siebie nazywa dojrzałością.

Realpolitik i jej granice

Warto wspomnieć też o tradycji, która pożycza sobie słowo „realizm” na własny użytek, czyli realizmie politycznym w duchu Machiavellego, Bismarcka czy, w dwudziestym wieku, Hansa Morgenthaua. W swojej klasycznej postaci ta szkoła myślenia głosiła coś węższego, niż się jej dziś przypisuje: że polityka rządzi się własną logiką, logiką siły i interesu państwa, a polityk, który tę logikę ignoruje w imię czystych ideałów, naraża wspólnotę, za którą odpowiada, na klęskę. Machiavelli pisał w kategoriach virtù i fortuna, Bismarck mówił o polityce jako sztuce możliwego, Morgenthau budował z tego systematyczną teorię stosunków międzynarodowych opartą na pojęciu interesu narodowego. To stanowisko można krytykować z wielu stron, ale samo w sobie nie jest jeszcze cynizmem. Jest opisem tego, jak w praktyce działa władza. Nie jest to tym samym, co ogłoszenie władzy jedyną rzeczywistością wartą uwagi.

Problem zaczyna się wtedy, gdy ta ograniczona, metodologiczna teza zostaje przemycona jako teza ogólna o naturze rzeczywistości: skoro w polityce liczy się siła, to siła jest ostatecznie jedyną rzeczą realną, a prawda i dobro to tylko szata, w którą siła się ubiera dla wygody. To już nie jest realizm polityczny w sensie wyżej opisanym, lecz jego wyradzająca się wersja, która korzysta z autorytetu tamtej tradycji, żeby uzasadnić to, że nie ma sensu pytać o słuszność celów, skoro liczy się tylko skuteczność ich osiągania. Sam Morgenthau, co ciekawe, ostrzegał przed tą właśnie pokusą, przypominając, że realizm polityczny, dobrze rozumiany, każe łączyć odpowiedzialność moralną za konsekwencje działania z trzeźwą oceną warunków, w jakich się działa. To dwie różne rzeczy, a pomylenie ich jest dokładnie tym błędem, o którym mowa w tym eseju.

„Idee mają konsekwencje”

Myśl, że idee mają konsekwencje, sformułował Richard M. Weaver, amerykański historyk retoryki i konserwatywny krytyk kultury, w książce Ideas Have Consequences z 1948 roku. Weaver dowodził w niej, że odrzucenie realizmu na rzecz nominalizmu u schyłku średniowiecza, spór z pozoru czysto akademicki, po kilku stuleciach zmaterializowało się w konkretnym kształcie zachodniej kultury i obyczaju. Skoro znika przekonanie o obiektywnej, wspólnej naturze rzeczy, znika też grunt pod obiektywną hierarchię dobra: pojęcia ogólne stają się tylko nazwami, a dobro przestaje być czymś, co się odkrywa — zaczyna się je definiować zgodnie z potrzebą chwili. Weaver łączył z tym procesem zjawisko, które nazywał „psychologią rozpieszczonego dziecka” – postawę domagania się natychmiastowego zaspokojenia pragnień, gdy trwały porządek dóbr przestał być traktowany jako coś realnego.

Ta sama intuicja wraca u autorów piszących z zupełnie innych pozycji i w innych kontekstach, co samo w sobie jest ciekawym świadectwem jej siły. Gdy Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio ostrzegał przed filozofią, która traci zaufanie do zdolności rozumu w poznawaniu prawdy, i wskazywał na praktyczne, kulturowe skutki tej utraty, mówił w gruncie rzeczy o tym samym mechanizmie, choć innym językiem: błąd popełniony na poziomie teorii poznania przenika z gabinetów filozofów do sposobu, w jaki ludzie myślą o sobie, o innych i o tym, co im wolno.

Jeśli idee rzeczywiście mają takie konsekwencje, jeśli to, w co ludzie wierzą na temat prawdy i natury człowieka, przekłada się z czasem na kształt instytucji, prawa i rodziny, to ten, kto patrzy wyłącznie na krótkoterminową grę interesów, a poziom idei lekceważy jako nierealny czy akademicki, pomija jeden z najsilniej działających czynników w historii. Jego obraz rzeczywistości jest okrojony do horyzontu jednej kadencji czy jednego cyklu wyborczego. Bez wątpienia idee należą do kategorii ważnych sił kształtujących rzeczywistość społeczną.

Od idei bardzo blisko do ideologii i warto to pokrewieństwo doprecyzować. Termin ten ukuł francuski filozof Antoine Destutt de Tracy, który w 1796 roku przedstawił paryskiemu Instytutowi Francji projekt nowej dyscypliny: „idéologie”, czyli naukę o ideach, mającą badać, w jaki sposób pojęcia powstają z wrażeń zmysłowych, i na tej podstawie dać innym naukom, etyce, pedagogice, polityce, solidne, empiryczne podstawy. W zamyśle Destutta de Tracy ideologia miała być więc czymś odwrotnym niż to, co się dziś pod tym słowem zwykle rozumie: nie gotową doktryną do wyznawania, lecz metodą badawczą.

Pejoratywny sens słowo to zawdzięcza Napoleonowi Bonapartemu. Poirytowany krytyką ze strony kręgu Destutta de Tracy, zaczął on nazywać ich „ideologami” w tonie kpiny: ludźmi oderwanymi od rzeczywistości, snującymi mrzonki w gabinetach, podczas gdy on sam, człowiek czynu, musiał rządzić prawdziwym, opornym światem. Praktyk władzy ogłasza się jedynym realistą, a tych, którzy upierają się przy idei, choćby dobrze uzasadnionej, odsyła do świata pozorów. Kilkadziesiąt lat później Marks i Engels nadali słowu jeszcze inny odcień, pisząc o ideologii jako o systemie idei służących maskowaniu interesu klasowego, fałszywej świadomości, przez którą partykularny interes przedstawia się jako prawda powszechna. Z tych dwóch źródeł, oświeceniowego projektu nauki o ideach i napoleońskiej kpiny spod znaku „ideologów”, wyrosło współczesne, mocno już wieloznaczne pojęcie ideologii jako mniej lub bardziej zamkniętego systemu przekonań o człowieku i społeczeństwie. Przekonań, które nie mają zakotwiczenia w prawdzie o rzeczywistości.

Realizm a życiowa zaradność

Z tego samego fałszywego utożsamienia realizmu ze skutecznością bierze się przeświadczenie, że ludzie trzymający się prawdy i zasad bez względu na doraźne korzyści gorzej radzą sobie w życiu niż ci, którzy szybko się dostosowują. Mechanizm tego przeświadczenia jest prosty. Najpierw milcząco przyjmuje się, że powodzenie życiowe to wyłącznie kategorie mierzalne i doczesne: kariera, dochód, status społeczny, akceptacja otoczenia. Potem porównuje się kogoś, kto tym kategoriom podporządkował się w mniejszym stopniu niż prawdzie, z kimś, kto postąpił odwrotnie — i ten pierwszy wypada gorzej. Wypada gorzej nie dlatego, że rzeczywiście gorzej radzi sobie z życiem jako takim. Wypada gorzej, bo życie zredukowano z góry do tego jednego wymiaru, na którym łatwiej wypaść dobrze, idąc na skróty.

Cały spór o realizm dotyczy właśnie tego, co jest naprawdę rzeczywiste i co naprawdę się liczy, a na to pytanie nie da się z góry odpowiedzieć, definiując powodzenie wyłącznie w kategoriach doczesnej skuteczności. Ktoś, kto rezygnuje z kariery czy poklasku, bo nie chce zdradzić prawdy, którą rozpoznał, niekoniecznie przegrywa z rzeczywistością. Możliwe, że bierze pod uwagę więcej jej wymiarów niż jego krytyk, w tym wymiar moralny i ten najdalej sięgający w czasie i ukierunkowany na wieczność. Osądzanie go według tego, jak radzi sobie w wąsko rozumianym „życiu”, ma sens tylko wtedy, gdy z góry przyjmiemy, że jedynym realnym polem gry jest doczesny sukces — a to jest dokładnie ta redukcja rzeczywistości, którą realizm klasyczny odrzuca.

Konkluzja

Właściwie rozumiany realizm to nie umiejętność dostosowania się do okoliczności ani sztuka skutecznego działania w oderwaniu od pytania o prawdę. To postawa poznawcza i moralna zarazem. Zakłada ona uznanie, że rzeczywistość, także w swoim wymiarze metafizycznym i moralnym, istnieje niezależnie od naszej wygody, a naszym zadaniem jest ją poznać. Skuteczność oderwana od prawdy oznacza również redukcję ludzkiej rozumności. Ci, którzy trzymają się prawdy kosztem doczesnego sukcesu, niekoniecznie przegrywają z rzeczywistością. Możliwe, że to oni traktują ją najpoważniej.

Artur Górecki

Zobacz też:

Źródło zdjęcia okładkowego: iStock

Wesprzyj nas

Czytaj więcej

O klasycznym rozumieniu realizmu
23 września 2026

O klasycznym rozumieniu realizmu

Artur Górecki wyjaśnia, dlaczego realizm w sensie klasycznym nie oznacza…

Christianitas, szkoła i marsz przez instytucje
4 września 2026

Christianitas, szkoła i marsz przez instytucje

Szkoła, uniwersytet i szpital to instytucje stworzone przez chrześcijańską Europę….

Prawo, z którego się nie korzysta, wygasa. O wolności szkół katolickich
24 sierpnia 2026

Prawo, z którego się nie korzysta, wygasa. O wolności szkół katolickich

Trybunał Konstytucyjny trzykrotnie uznał niezgodność z Konstytucją przepisów o lekcji…

Szkoła podstępu, czyli forsowanie edukacji „zdrowotnej”
14 sierpnia 2026

Szkoła podstępu, czyli forsowanie edukacji „zdrowotnej”

Ministerstwo Edukacji Narodowej wycofało z obowiązkowego programu edukacji zdrowotnej tylko…

Reforma26: Kompas bez Północy. Ku ostatecznej destrukcji polskiej szkoły
11 czerwca 2026

Reforma26: Kompas bez Północy. Ku ostatecznej destrukcji polskiej szkoły

Reforma26. Kompas Jutra jest błędem nie tylko organizacyjnym czy programowym…

Dewey i klasyczna filozofia wychowania: spór o naturę człowieka i cel edukacji
27 maja 2026

Dewey i klasyczna filozofia wychowania: spór o naturę człowieka i cel edukacji

Filozofia Deweya wyrasta na gruncie naturalistycznego darwinizmu. Człowiek jest dlań…