główne PUNKTY

1

Akt o usługach cyfrowych (DSA) miesza treści rzeczywiście bezprawne z nieostrymi pojęciami, takimi jak dezinformacja czy mowa nienawiści, przesuwając moderację od egzekwowania konkretnych przepisów ku całościowemu zarządzaniu debatą publiczną.

2

Mechanizm „zaufanych sygnalistów” może uprzywilejować organizacje reprezentujące dominujący w instytucjach unijnych kierunek ideologiczny, prowadząc do nierówności stron sporu publicznego i wyciszania jednych środowisk kosztem innych.

3

Mechanizm „zaufanych sygnalistów” może uprzywilejować organizacje reprezentujące dominujący w instytucjach unijnych kierunek ideologiczny, prowadząc do nierówności stron sporu publicznego i wyciszania jednych środowisk kosztem innych.

4

Największym zagrożeniem jest cenzura rozproszona i niewidzialna: obniżanie zasięgów, demonetyzacja, ostrzeżenia i ukrywanie treści wykonywane przez prywatne platformy pod publicznym nadzorem regulatora.

5

Największym zagrożeniem jest cenzura rozproszona i niewidzialna: obniżanie zasięgów, demonetyzacja, ostrzeżenia i ukrywanie treści wykonywane przez prywatne platformy pod publicznym nadzorem regulatora.

 


„Polityka migracyjna Unii Europejskiej jest katastrofą i prowadzi do wzrostu przestępczości”.

Taka wypowiedź może być ostra. Może być jednostronna. Może wymagać doprecyzowania, prowokować do polemiki. Ale w demokratycznym państwie prawa powinna być traktowana przede wszystkim jako głos w debacie publicznej. Obywatel ma prawo krytykować politykę migracyjną. Ma prawo wskazywać na jej skutki społeczne. Ma prawo formułować tezy, z którymi inni się nie zgadzają.

W klasycznym modelu wolności słowa pytanie brzmi: czy taka wypowiedź narusza konkretny przepis prawa? Czy zawiera groźbę? Czy nawołuje do przemocy? Czy zniesławia konkretną osobę? Czy wypełnia ustawowe znamiona bezprawnej mowy nienawiści?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, wypowiedź powinna pozostać w obiegu publicznym.

W nowym modelu moderowania treści, rozwijanym w ramach unijnego Aktu o usługach cyfrowych, czyli DSA, pytania mogą być jednak inne: czy taki wpis może zwiększać napięcia społeczne? Czy może zostać uznany za dezinformację? Czy w okresie wyborczym może wpływać na postawy obywateli? Czy organizacja zgłaszająca treści uzna go za nienawistny? Czy algorytm zakwalifikuje go jako element „antymigracyjnej narracji”? Czy platforma, pozostawiając go bez reakcji, narazi się na zarzut niewystarczającego ograniczania ryzyk systemowych?

Jeszcze pół wieku temu Trybunał w Strasburgu grzmiał w orzeczeniu Handyside przeciwko Wielkiej Brytanii:

„Swoboda wypowiedzi nie może ograniczać się do informacji i poglądów, które są odbierane przychylnie albo postrzegane jako nieszkodliwe lub obojętne, lecz odnosi się w równym stopniu do takich, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój w państwie lub jakiejś grupie społeczeństwa. Takie są wymagania pluralizmu, tolerancji i otwartości na inne poglądy, bez których demokratyczne społeczeństwo nie istnieje.”

Jak to możliwe, że przez pół wieku te słowa brzmią jak radykalna, prawicowa krytyka polityki Unii Europejskiej?

Unijny Akt o usługach cyfrowych jest przedstawiany jako narzędzie porządkowania internetu, walki z bezprawnymi treściami i zwiększania odpowiedzialności wielkich platform cyfrowych. W założeniu ma chronić użytkowników. Jednak katalog zjawisk, przed którymi chroni obywateli Unii, miesza treści rzeczywiście bezprawne z komunikatami określonymi przez niejasne pojęcia, jak mowa nienawiści, dezinformacja, manipulacja wyborcza, treści niekorzystne dla debaty publicznej.

Kto sprzeciwiałby się skutecznej walce z nawoływaniem do przemocy, wykorzystaniem dzieci, terroryzmem, groźbami karalnymi czy przestępstwami internetowymi? Problem polega na tym, że DSA tworzy znacznie szerszy system nadzoru nad obiegiem informacji. System, w którym platformy, regulatorzy, organizacje zewnętrzne, algorytmy i tzw. zaufani sygnaliści zaczynają wspólnie decydować o tym, jakie treści są dopuszczalne, jakie powinny zostać ograniczone, a jakie uznane za zbyt ryzykowne dla debaty publicznej.

Tutaj kończy się wolność słowa a zaczyna „bezpieczna i moderowana przestrzeń”, o której w swoich komunikatach pisze Komisja Europejska.

Od odpowiedzialności za treści do zarządzania debatą publiczną

DSA nakłada na platformy internetowe szereg obowiązków związanych z moderowaniem treści. Serwisy społecznościowe, wyszukiwarki, platformy wideo, sklepy czy usługi hostingowe mają jasno opisywać swoje regulaminy, informować o zasadach usuwania lub ograniczania treści, wyjaśniać użytkownikom decyzje moderacyjne oraz udostępniać mechanizmy odwoławcze.

Na pierwszy rzut oka są to rozwiązania pozytywne. Użytkownik powinien wiedzieć, dlaczego jego wpis został usunięty, konto zawieszone, a zasięg ograniczony. Platforma powinna działać przejrzyście, a nie arbitralnie.

Jednak w praktyce DSA idzie dalej. Szczególne obowiązki nakłada na największe platformy i wyszukiwarki, czyli podmioty mające ogromny wpływ na debatę publiczną. Mają one identyfikować i ograniczać tzw. ryzyka systemowe. Chodzi między innymi o wpływ platform na procesy wyborcze, bezpieczeństwo publiczne, ochronę małoletnich, przemoc, dezinformację, prawa podstawowe czy jakość debaty publicznej.

W ten sposób moderacja przestaje być wyłącznie reakcją na konkretną bezprawną treść. Staje się narzędziem zarządzania całym środowiskiem informacyjnym.

Platforma nie pyta już tylko: „Czy ten wpis narusza konkretny przepis prawa?”. Coraz częściej pyta: „Czy ten wpis może zwiększać napięcia społeczne?”, „Czy może zostać uznany za dezinformację?”, „Czy w okresie wyborczym może wpływać na postawy obywateli?”, „Czy regulator uzna, że zrobiliśmy wystarczająco dużo, aby ograniczyć ryzyko?”.

To zasadnicza zmiana. W klasycznym modelu wolności słowa punktem wyjścia jest zasada, że obywatel może mówić, a ograniczenie wypowiedzi wymaga jasnej podstawy prawnej. W modelu wynikającym z DSA coraz większą rolę odgrywa ocena ryzyka, reputacja platformy, presja regulatora i wewnętrzne procedury korporacyjne.

Zaufani sygnaliści, czyli uprzywilejowani uczestnicy sporu o treści

Jednym z istotnych elementów DSA jest mechanizm tzw. trusted flaggers, czyli zaufanych podmiotów sygnalizacyjnych. Są to podmioty, które otrzymują szczególny status w zakresie zgłaszania treści uznawanych za nielegalne. Platformy mają traktować ich zgłoszenia priorytetowo i rozpatrywać je bez zbędnej zwłoki.

W przypadku oczywistych naruszeń prawa taki mechanizm może mieć uzasadnienie. Jeżeli wyspecjalizowana organizacja zgłasza treści związane z przestępstwami seksualnymi wobec dzieci, oszustwami finansowymi lub działalnością terrorystyczną, szybka reakcja platformy jest zrozumiała.

Trudność pojawia się jednak wtedy, gdy podobny mechanizm zaczyna działać w obszarze wypowiedzi politycznych, światopoglądowych, religijnych lub społecznych. Wtedy powstają pytania: kto zostanie uznany za „zaufanego” sygnalistę? Według jakich kryteriów? Czy będą to podmioty pluralistyczne, czy raczej organizacje reprezentujące dominujący w instytucjach unijnych kierunek ideologiczny? Kto będzie kontrolował ich działalność? Czy ich zgłoszenia nie doprowadzą do systemowego wyciszania jednych środowisk i uprzywilejowania innych?

W debacie publicznej nie ma neutralnych arbitrów prawdy. Są instytucje, organizacje, eksperci i aktywiści, którzy również mają swoje cele, światopogląd i różne interesy. Nadanie wybranym podmiotom szczególnej pozycji w mechanizmie moderacji może więc prowadzić do nierówności stron sporu publicznego.

Dezinformacja — pojęcie niebezpiecznie pojemne

Szczególne kontrowersje budzi walka z dezinformacją. Oczywiście istnieją działania, które rzeczywiście powinny niepokoić: zorganizowane operacje wpływu prowadzone przez obce państwa, fałszywe konta, manipulacje wyborcze, boty czy celowe rozpowszechnianie spreparowanych materiałów.

Problem zaczyna się wtedy, gdy pojęcie dezinformacji rozciąga się na opinie błędne, kontrowersyjne, przesadne, niewygodne albo niezgodne z dominującą narracją polityczną. A nawet na te prawdziwe, ale uznane za szkodliwe dla debaty lub za stanowiące fragment nieuprawnionej kampanii wpływu.

Historia debaty publicznej pokazuje, że wiele poglądów początkowo uznawanych za skrajne, podejrzane lub nieodpowiedzialne okazywało się później uzasadnionymi pytaniami. Dotyczy to medycyny, polityki migracyjnej, klimatu, bezpieczeństwa, gospodarki, edukacji, medycyny. Wolność słowa, przynajmniej ta wywodząca się z ludzkiej godności i zagwarantowana systemem praw człowieka, chroni przede wszystkim prawo do stawiania pytań, krytykowania władzy, kwestionowania dominujących poglądów i popełniania błędów w debacie.

A DSA przewiduje bezprecedensowe kary, sięgające 6% rocznych globalnych przychodów platformy. Cel drakońskich kar jest jasny – wywołać efekt mrożący, zastraszyć i zmotywować do nadgorliwości w cenzurze.

Efekt mrożący i nadgorliwość platform

W ten sposób walka z dezinformacją staje się narzędziem tłumienia debaty.

Jeżeli platformy zostaną objęte presją, by aktywnie ograniczać „ryzyka dezinformacyjne”, będą miały naturalną skłonność do działania prewencyjnego. Będą usuwać więcej, ograniczać szerzej, oznaczać ostrożniej i obniżać zasięgi treściom, które mogą przyciągnąć uwagę regulatora.

Jeżeli platforma ma wybór między pozostawieniem kontrowersyjnej treści a jej ograniczeniem, może uznać, że usunięcie lub obniżenie zasięgu jest mniej ryzykowne. Jeżeli ma wątpliwość, czy wpis jest tylko ostrą opinią, czy już „mową nienawiści” albo „dezinformacją”, będzie skłonna rozstrzygnąć tę wątpliwość na niekorzyść użytkownika. Jeżeli organizacje zewnętrzne, media lub regulatorzy zarzucą jej bierność, konsekwencje mogą być poważniejsze niż w przypadku nadmiernej moderacji.

Tak powstaje efekt mrożący. Użytkownicy zaczynają autocenzurować swoje wypowiedzi. Platformy moderują nadmiarowo. Kontrowersyjne poglądy są wypychane poza główny obieg. Debata publiczna staje się bardziej jednorodna, ale niekoniecznie bardziej prawdziwa.

Nie tylko usuwanie. Także obniżanie zasięgów

Wolność słowa w internecie nie jest ograniczana wyłącznie przez usunięcie wpisu. W praktyce równie istotne są decyzje mniej widoczne: obniżenie zasięgu, demonetyzacja, ostrzeżenie przy treści, ukrycie komentarza, zawieszenie funkcji udostępniania, ograniczenie widoczności profilu, zdjęcie rekomendacji czy oznaczenie wpisu jako wątpliwego. DSA i dokumenty wykonawcze wprost przewidują działanie algorytmów i demonetyzację jako instrumenty realizacji celów deeskalacji i walki z dezinformacją.

Dla użytkownika może to być niemal niewidzialne. Formalnie jego wypowiedź nadal istnieje. W rzeczywistości przestaje docierać do odbiorców.

To szczególnie niebezpieczne, ponieważ przenosi ciężar kontroli nad debatą z poziomu jawnych zakazów na poziom technicznego zarządzania widocznością. Obywatel nie zawsze wie, czy został ukarany. Nie zawsze rozumie, dlaczego jego wpis przestał być widoczny. Nie zawsze ma skuteczny sposób odwołania. A nawet jeśli mechanizm odwoławczy istnieje, to w zderzeniu z wielką platformą i automatycznymi systemami moderacyjnymi użytkownik pozostaje stroną słabszą.

Prywatna cenzura pod publicznym nadzorem

Zwolennicy DSA mogą odpowiedzieć, że przecież decyzje o moderacji podejmują prywatne platformy, a nie państwowy urząd cenzury. To jednak tylko część prawdy.

Jeżeli prywatna firma działa pod presją prawa publicznego, wysokich kar, audytów, wytycznych Komisji Europejskiej, kodeksów postępowania i oczekiwań regulatora, jej decyzje nie są już w pełni prywatne. Mamy do czynienia z modelem współregulacji: instytucje publiczne nie zawsze nakazują wprost usunięcie konkretnej treści, ale tworzą otoczenie prawne, które skłania platformy do określonego działania.

To mechanizm wygodny dla władzy. Formalnie nie ma urzędu cenzury. Nie ma decyzji administracyjnej dotyczącej konkretnego wpisu. Jest za to system bodźców, obowiązków, wskaźników, raportów, zaleceń i kar, który powoduje, że platformy same wykonują pracę regulacyjną. W praktyce obywatel może zostać uciszony nie decyzją sądu, lecz decyzją algorytmu, moderatora albo działu compliance działającego w cieniu unijnych przepisów.

Cenzura staje się codziennością. Wprowadzona przez władzę w białych rękawiczkach, za pośrednictwem zachęt skierowanych do prywatnych podmiotów kontrolujących fora debaty w cyfrowym świecie. Ich bezpieczeństwo regulacyjne staje się sprzężone z moderacją treści.

Dlaczego to ważne dla Polski?

Dla państw takich jak Polska problem ma szczególne znaczenie. Debata publiczna w naszym kraju jest żywa, sporna i często ostra. Dotyczy spraw fundamentalnych: suwerenności, prawa rodzinnego, ochrony życia, migracji, edukacji, religii, wolności sumienia, relacji państwo–Kościół, polityki klimatycznej czy kompetencji Unii Europejskiej.

Wiele poglądów konserwatywnych jest dziś w instytucjach europejskich traktowanych nie jako normalna część demokratycznego pluralizmu, lecz jako „zagrożenie”, „radykalizacja”, „mowa wykluczająca” albo „dezinformacja”. Dotyczy to zwłaszcza tematów związanych z rodziną, płcią, migracją, religią i suwerennością narodową.

Jeżeli mechanizmy DSA będą stosowane bez poszanowania rzeczywistego pluralizmu, mogą stać się narzędziem ograniczania tych głosów, które nie mieszczą się w dominującym światopoglądzie elit unijnych i wielkich korporacji technologicznych.

Potrzebna jest ochrona wolności słowa, nie tylko sprawniejsza moderacja

Nie oznacza to, że internet ma być przestrzenią bezprawia. Treści rzeczywiście nielegalne powinny być skutecznie zwalczane. Ofiary przestępstw internetowych powinny mieć realną ochronę. Platformy nie mogą uchylać się od odpowiedzialności za własne procedury i algorytmy.

Ale granica między egzekwowaniem prawa a kontrolą debaty publicznej musi być wyjątkowo wyraźna.

Potrzebujemy mechanizmów, które będą chronić użytkowników nie tylko przed bezprawiem w internecie, ale również przed arbitralnością platform i presją polityczną. Ograniczenie wypowiedzi powinno być oparte na jasnej podstawie prawnej, proporcjonalne, uzasadnione i realnie zaskarżalne. Szczególnej ochronie powinna podlegać wypowiedź polityczna, światopoglądowa, religijna, naukowa i publicystyczna — nawet wtedy, gdy jest ostra, niewygodna albo sprzeczna z dominującą narracją.

Stawka: przyszłość debaty publicznej

DSA doprowadzi do utrwalenia systemu, w którym debata publiczna będzie filtrowana przez połączenie interesów instytucji unijnych, wielkich korporacji cyfrowych, organizacji pozarządowych, fact-checkerów i algorytmów.

Największym zagrożeniem nie jest spektakularna cenzura, którą łatwo zauważyć i oprotestować. Największym zagrożeniem jest cenzura rozproszona, proceduralna i niewidzialna: obniżony zasięg, usunięta rekomendacja, ostrzeżenie przy wpisie, zawieszone konto, odrzucone odwołanie, automatyczna klasyfikacja treści jako ryzykownej.

Właśnie dlatego o DSA trzeba rozmawiać nie tylko jako o regulacji technologicznej, ale jako o jednym z najważniejszych aktów prawnych wpływających na wolność debaty publicznej w Europie.

Najważniejsze pytanie brzmi: kto będzie decydował, które poglądy mogą być widoczne w cyfrowej przestrzeni publicznej — obywatel, sąd i prawo, czy platforma działająca pod presją regulatora, algorytmów i ideologicznie ukształtowanych mechanizmów zgłaszania?

Od odpowiedzi na to pytanie zależy przyszłość wolności słowa w Europie.

Co możemy zrobić — póki trwają konsultacje

Piszę o tym teraz nie bez powodu. Najważniejsze rozstrzygnięcia w tej dziedzinie nie zapadają już w głośnych głosowaniach, lecz w technicznych dokumentach, których niemal nikt nie czyta. Właśnie taki dokument leży dziś na stole. Do 10 lipca 2026 roku (pierwotny termin, 26 czerwca, został przedłużony) Komisja Europejska prowadzi konsultacje projektu wytycznych w sprawie „zaufanych podmiotów sygnalizujących” z art. 22 DSA. To ostatni element układanki. Ten dokument przesądzi, kto uzyska uprzywilejowaną pozycję w zgłaszaniu treści, jak rozumiana będzie jego „niezależność”, „obiektywność” i „ekspercka wiedza”, kto będzie go kontrolował i jak trudno będzie odebrać mu ten status.

Wytyczne, które wyglądają jak techniczny załącznik, niebawem staną się praktyką stosowaną wobec milionów polskich użytkowników — i to niezależnie od tego, na jakim etapie jest krajowe wdrożenie DSA.

Równolegle, w latach 2026–2027, ukształtuje się praktyka weryfikacji „statusu medialnego” na największych platformach — i to ona, a nie sam tekst przepisów, zdecyduje, czyj głos będzie chroniony, a czyj pozostanie bez ochrony.

Konsultacje publiczne to nie formalność. To jeden z nielicznych momentów, w których obywatele, niezależne media, organizacje społeczne, naukowcy i eksperci mogą realnie wpłynąć na treść przepisów, zanim zastygną one w praktyce na lata. Im więcej głosów wskaże na ryzyka dla wolności słowa i na konieczność rzeczywistego pluralizmu — w tym ochrony wypowiedzi konserwatywnych, religijnych oraz dotyczących suwerenności, rodziny czy ochrony życia — tym trudniej będzie zbudować system, w którym o widoczności poglądu decyduje jego zgodność z dominującą narracją.

Dlatego apeluję o trzy rzeczy:

  • Włącz się w konsultacje — albo wesprzyj tych, którzy biorą w nich udział. Każdy rzeczowy, konkretny głos się liczy, a Komisja musi usłyszeć, że Europejczykom zależy na wolności słowa, nie tylko na „bezpiecznym” internecie:
    https://digital-strategy.ec.europa.eu/en/consultations/targeted-consultation-draft-guidelines-trusted-flaggers-under-digital-services-act-dsa
  • Nagłaśniaj sprawę — udostępniaj, pytaj polityków i dziennikarzy, nie pozwól, by tak ważne rozstrzygnięcie zapadło w ciszy. Cenzura rozproszona żywi się brakiem zainteresowania.
  • Czuwaj nad praktyką — pierwsze decyzje platform i regulatorów z lat 2026–2027 wyznaczą standard na całą dekadę. Warto je obserwować i nagłaśniać każdy przypadek nadużycia.

W Instytucie Ordo Iuris przygotowujemy własne, szczegółowe stanowisko w tych konsultacjach. Będziemy bronić standardu, który Europa zapisała pół wieku temu w orzecznictwie strasburskim: wolność przysługuje także ideom, które „obrażają, szokują lub niepokoją”. Unia, która przestaje w to wierzyć, nie broni już demokracji — zaczyna bronić się przed własnymi obywatelami.

Internet nie musi być przestrzenią bezprawia. Ale nie może też stać się przestrzenią, w której wolno powtarzać jedynie to, co zostało wcześniej zatwierdzone. O to, po której stronie tej granicy znajdzie się Europa, toczy się dziś realna gra — i jeszcze nie jest ona przesądzona. To, czy nasze dzieci odziedziczą wolny internet, zależy także od tego, czy zabierzemy głos, póki jeszcze można.

Mec. Jerzy Kwaśniewski, Prezes Instytutu Ordo Iuris na rzecz Kultury Prawnej

Przeczytaj też:

Źródło zdjęcia okładkowego: iStock

Wesprzyj nas

Czytaj więcej

DSA, czyli moderacja pod nadzorem. Jak unijne regulacje mogą ograniczyć wolność słowa w internecie?
17 czerwca 2026

DSA, czyli moderacja pod nadzorem. Jak unijne regulacje mogą ograniczyć wolność słowa w internecie?

Unijny Akt o usługach cyfrowych jest przedstawiany jako narzędzie porządkowania…

Sejm przyjął ustawę o „homozwiązkach”. Mamy odpowiedź na to bezprawie
5 czerwca 2026

Sejm przyjął ustawę o „homozwiązkach”. Mamy odpowiedź na to bezprawie

Wkroczyliśmy na prostą drogę do homoadopcji, kupowania dzieci i związków…

„Siłowo pozbawiono mnie gabinetu, ale Sąd Najwyższy nadal mnie uznaje” – rozmowa z sędzią Piotrem Schabem (wideo)
2 czerwca 2026

„Siłowo pozbawiono mnie gabinetu, ale Sąd Najwyższy nadal mnie uznaje” – rozmowa z sędzią Piotrem Schabem (wideo)

Wywiad zrealizowany dla Instytutu Ordo Iuris oraz European Centre for…

Specjalny Sprawozdawca ONZ i eksperci z Polski i zagranicy przyjadą do Warszawy. Konferencja o macierzyństwie już 3 czerwca
1 czerwca 2026

Specjalny Sprawozdawca ONZ i eksperci z Polski i zagranicy przyjadą do Warszawy. Konferencja o macierzyństwie już 3 czerwca

Jednym z gości wydarzenia będzie Reem Alsalem – Specjalna Sprawozdawca…