· Rada Unii Europejskiej przedstawiła swoje stanowisko w sprawie projektu dyrektywy dotyczącej zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.
· Prace nad projektem trwają od ubiegłego roku, kiedy to dokument został opublikowany przez Komisję Europejską.
· Dyrektywa wzbudza liczne wątpliwości, m.in. z uwagi na zastosowany język, w tym przede wszystkim posługiwanie się w dokumencie niejasnymi pojęciami oraz liczne odniesienia do genderowej Konwencji stambulskiej.
· Dokument proponuje ponadto penalizację umyślnego nawoływania do przemocy i nienawiści w internecie ze względu na „gender”, co może służyć za pretekst do istotnego ograniczenia wolności słowa.
· Rada, w ślad za Komisją, domaga się też m.in. wspierania „odpowiednich” zmian zachowań w społeczeństwie czy używania przez urzędników języka „wrażliwego płciowo”.
· Istotną zmianą wprowadzona przez Radę jest również rezygnacja z regulowania przestępstwa gwałtu w ramach dyrektywy.
W poprawionej dyrektywie największe zastrzeżenia budzi powszechne i niespójne stosowanie terminu „gender” (według którego płeć jest konstruktem społeczno-kulturowym), zamiast słowa „sex”, oznaczającego płeć biologiczną. Sam termin „gender” pojawia się w omawianej dyrektywie aż 25 razy, w tym kilkukrotnie jako element niejasnych i ideologicznych sformułowań, takich jak „gender-based violence” (przemoc uwarunkowana płcią), „gender equality” (równość płci), „gender roles” (role płciowe) czy też „gender stereotypes” (stereotypy płciowe). Dyrektywa zawiera także liczne odniesienia do Konwencji stambulskiej, która źródeł przemocy dopatruje się m.in. w tradycyjnych rolach płciowych. Co istotne, w poprawkach Rady w wielu miejscach słowo „sex”, często występujące razem ze słowem „gender”, zostało wykreślone, po czym w rekomendowanej wersji dokumentu zachowano tylko drugi z tych terminów.
Niepokojące było również brzmienie art. 10, na mocy którego państwa mają obowiązek karać za umyślne nawoływanie do przemocy lub nienawiści w internecie ze względu na „gender”. Takie postanowienia dyrektywy budzą uzasadnione obawy, iż może ona służyć jako wprowadzone bocznymi drzwiami narzędzia, mającego na celu uniemożliwienie jakiejkolwiek krytyki ideologicznych założeń. Tego typu rozwiązania stanowią istotne zagrożenie dla wolności słowa.
W dyrektywie znajdują się również przepisy, na mocy których państwa powinny podjąć odpowiednie działania, mające na celu m.in. zwalczanie szkodliwych stereotypów płciowych („harmful gender stereotypes”), wspieranie „odpowiednich” zmian zachowań w społeczeństwie (art. 36) oraz zapewnić, aby urzędnicy zwracali się do ofiar w sposób „wrażliwy płciowo” („gender-sensitive manner”, art. 37).
Ważną zmianą jest także rezygnacja z umieszczenia w dyrektywie definicji przestępstwa gwałtu, opartej wyłącznie na braku zgody. Wynika to z protestów części państw, które twierdzą, że Unia Europejska nie ma kompetencji w tej materii, a ustanowienie precedensu mogłoby zwiększyć wpływy Brukseli.
W ubiegłym roku swoją opinię w sprawie dyrektywy przedstawił także Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny. W przygotowanych wnioskach zawarł daleko idące propozycje wskazując: „z zaniepokojeniem odnotowujemy, że w definicji przemocy wobec kobiet nie uwzględniono obecnych ograniczeń w swobodnym oraz bezpiecznym przerywaniu ciąży, a także nękania, przede wszystkim w pobliżu klinik, którego doświadczają kobiety wybierające dobrowolnie to rozwiązanie”.
– Zaprezentowany projekt dyrektywy budzi liczne zastrzeżenia. Szczególnie niebezpieczne jest szerokie operowanie niejasnym i nacechowanym ideologicznie terminem „gender”. Zagrożenie niesie za sobą również przepis nakazujący państwom karanie za umyślne nawoływanie do przemocy lub nienawiści w internecie ze względu na „gender”, co w wyniku nieostrości tego terminu może spowodować daleko idące ograniczenie wolności słowa – zaznacza Patryk Ignaszczak z Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris.











