1
Rządowy projekt ustawy o środkach ograniczających (druk nr 3003) ma wdrażać dyrektywę 2024/1226 o przestępstwach polegających na naruszeniu sankcji UE. Tymczasem dyrektywę wykonuje w istocie tylko rozdział o przepisach karnych oraz kilka przepisów definicyjnych i organizacyjnych.
2
Rdzeń projektu – krajowa lista sankcyjna wraz z zarządem przymusowym i przejęciem własności – nie jest nawet goldplatingiem, lecz osobnym reżimem, którego prawo UE w ogóle nie wymaga. Rząd sam przyznaje, że jego źródłem jest wyłącznie prawo krajowe.
3
Reżim krajowy ma szerszy i bardziej nieostry zakres niż unijny, a o wpisie na listę sankcyjną decyduje jednoosobowo minister spraw wewnętrznych – bez informowania zainteresowanego i bez prawa do skutecznego żądania zmiany wpisu.
4
Natychmiastowa wykonalność wpisu i utrzymanie jego skutków nawet po wygranej przed WSA czynią kontrolę sądową iluzoryczną, co narusza prawo do sądu z art. 45 Konstytucji.
5
Podkomisja nadzwyczajna (19 października) i połączone komisje sejmowe (21 października) zawęziły jedynie jedną przesłankę wpisu – za manipulację informacyjną – a i to niewystarczająco. Komisje nie poparły ani wniosku o odrzucenie projektu, ani poprawek usuwających krajowy system sankcji, ani żadnego z konstytucyjnych zastrzeżeń Biura Legislacyjnego.
6
Definicja manipulacji w środowisku informacyjnym jest tak szeroka, że może się w niej zmieścić każda kampania społeczna wpływająca na opinię publiczną. Projekt nie definiuje przy tym, na rzecz jakich państw musi być prowadzona ta manipulacja, by mogła uzasadniać wpis na listę.
7
Rozdziału 2 nie da się naprawić poprawkami. Powinien zostać wykreślony w całości jako sprzeczny m.in. z art. 2, 45, 46 i 54 Konstytucji.

Istota projektu – walka z opozycją
Od lat powraca teza, że sprzeciw wobec aborcji czy ideologii gender to element rosyjskiej wojny informacyjnej – na takiej narracji zbudowano choćby opublikowany w 2021 r. raport European Parliamentary Forum. Projekt ustawy został skonstruowany tak, by partie polityczne, organizacje społeczne, a nawet osoby fizyczne mogły zostać arbitralną decyzją ministra uznane za prowadzące świadomą i rzeczywistą manipulację w środowisku informacyjnym na korzyść lub w interesie Rosji. Wtedy żadne wyłączenie dla wolności słowa nie uchroniłoby ich przed natychmiastowym zamrożeniem kont, a darczyńców organizacji społecznych, w tym będących zapleczem eksperckim partii politycznych – przed ryzykiem odpowiedzialności karnej. Sankcje te mogłyby przy tym stracić moc dopiero po prawomocnym zakończeniu postępowania sądowoadministracyjnego, a więc – jeśli sprawa trafi do NSA – po kilku latach. Jest to mechanizm, który w oczywisty sposób może być wykorzystywany do walki z opozycją polityczną i społeczną i ma na celu wywołanie efektu mrożącego.
Rzeczywiste zagrożenie widać bowiem dopiero na styku dwóch warstw projektu: z jednej strony niejasnych przesłanek materialnych, z drugiej – drakońskich norm proceduralnych, których wady wprost wskazało Biuro Legislacyjne.
(…)
Przeczytaj cały tekst na portalu „Obserwator Praworządności”.
Źródło zdjęcia okładkowego: iStock











