główne PUNKTY
1
Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę wdrażającą część unijnego aktu o usługach cyfrowych (DSA). Ustawa tworzy ramy stosowania DSA – od mechanizmu nadawania statusu zaufanych podmiotów po kompetencje do nakładania kar za złamanie DSA. Koordynatorem ds. usług cyfrowych zostanie Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE).
2
Administracyjne blokowanie „nielegalnych treści”, które było głównym powodem styczniowego weta, trafiło do osobnego projektu (druk nr 2693), nad którym Sejm wciąż pracuje.
3
Podpisana ustawa nadal jednak osłabia prawo do sądu, gdyż w sporze użytkownika z platformą o moderację treści wiążące mogą okazać się ustalenia organu administracji.
4
Ustawa nie precyzuje też zasad działania tzw. zaufanych podmiotów sygnalizujących, a zarazem przyznaje im uprawnienia procesowe, których DSA nie przewiduje.

W ostatnim dniu przewidzianym na decyzję (25 września) Prezydent RP podpisał ustawę z 4 września 2026 r. o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw. Ustawa wyznacza Prezesa UKE na koordynatora ds. usług cyfrowych i tworzy Krajową Radę ds. Usług Cyfrowych. Ustawa wejdzie w życie 30 dni po jej ogłoszeniu.
Nie blokowanie treści, lecz ramy dla nadzoru i kar
Ustawa nie wprowadza – poza jednym wyjątkiem, o którym niżej – mechanizmu blokowania nielegalnych treści, lecz tworzy ramy stosowania DSA w Polsce. Po pierwsze, określa tryb, w jakim Prezes UKE będzie przyznawał status zaufanego podmiotu sygnalizującego (trusted flagger) i zweryfikowanego badacza (z dostępem do danych największych platform) oraz certyfikował organy pozasądowego rozstrzygania sporów użytkowników z platformami. Po drugie, tworzy zaplecze do karania za łamanie DSA: dzieli kompetencje między Prezesa UKE, Prezesa UOKiK (m.in. platformy handlowe) i Przewodniczącego KRRiT (platformy wideo) oraz przewiduje kary sięgające 6% światowego obrotu.
Cenzorski mechanizm wydzielony, ale nie porzucony
Najbardziej kontrowersyjny element poprzedniej regulacji, mającej na celu wdrożenie DSA – administracyjne usuwanie treści uznanych za nielegalne – był zarazem tym, przed którym najmocniej ostrzegał Instytut Ordo Iuris, wskazując, że Unia tego nie nakazała, a rząd sam z siebie dopisał procedurę grożącą cenzurą. Ten sam argument przywołał Prezydent, wetując w styczniu poprzednią ustawę. Rząd nie porzucił jednak tego pomysłu, lecz przeniósł go do odrębnego projektu (druk nr 2693).
Spór z platformą rozstrzygnie urzędnik, a nie sąd?
Podpisana ustawa wciąż jednak budzi wątpliwości co do prawa do sądu (art. 45 Konstytucji). Wyobraźmy sobie internautę, któremu platforma – po zgłoszeniu zaufanego podmiotu – usunęła wpis krytykujący np. masową imigrację. Użytkownik pozywa ją o odszkodowanie. O pozwie sąd musi zawiadomić organ administracji, a jeśli ten zainicjuje postępowanie w sprawie tego samego naruszenia, sąd obowiązkowo zawiesza proces (dodawany do ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną art. 22zzj ust. 3). Co więcej, ustalenia prawomocnej decyzji organu co do naruszenia obowiązków z DSA wiążą sąd (dodawany art. 22zzj ust. 5). W konsekwencji sedno sporu o granice wolności słowa przesądza urząd, którego decyzję będzie mógł wprawdzie podważyć sąd administracyjny – ale wyłącznie pod kątem legalności.
Wątpliwości budzi też dodawany art. 22zy ust. 3 pkt 2, który pozwala organowi nakazać dostawcy „uniemożliwienie dostępu do treści naruszającej przepisy” DSA. Stroną takiego postępowania jest przy tym tylko dostawca (art. 22zk ust. 2), toteż autor blokowanego wpisu nie ma w nim nic do powiedzenia. Tymczasem nawet samo DSA najdalej idący środek – ograniczenie dostępu – zastrzega dla sądu i obwarowuje szeregiem gwarancji (art. 51 ust. 3).
Zaufani – tylko nie wiadomo czyi
Ustawa ogranicza się do odesłania do art. 22 DSA w kwestii wymogów, jakie muszą spełniać podmioty chcące uzyskać status zaufanych podmiotów sygnalizujących (trusted flaggers), których zgłoszenia platformy mają rozpatrywać priorytetowo. Te warunki – nieprzywołane wprost w ustawie – to: dysponowanie szczególną wiedzą fachową i kompetencjami w wykrywaniu, identyfikowaniu i zgłaszaniu nielegalnych treści; bycie niezależnym od dostawców platform internetowych oraz podejmowanie działań w celu dokonywania zgłoszeń w sposób staranny, dokładny i obiektywny. Polski ustawodawca wymaga przy tym jedynie dołączenia do wniosku „dokumentów potwierdzających” spełnienie powyższych warunków (dodawany art. 22o ust. 3), a samą ich weryfikację pozostawia uzgodnieniom Prezesa UKE z innymi organami administracji (dodawany art. 22p), bez żadnych kryteriów oceny. Nie stawia również konkretnych wymogów niezależności, także finansowej – status mógłby więc uzyskać podmiot w całości utrzymywany z publicznych pieniędzy. Ustawa nie przewiduje też trybu, w którym autor treści mógłby zakwestionować bezpośrednio działania takiego podmiotu. Jak zwracał uwagę Instytut, to właśnie trusted flaggers mogą stać się narzędziem praktycznej, z pozoru oddolnej cenzury, zwłaszcza że projekt wytycznych Komisji Europejskiej dopuszcza nadanie tego statusu nawet policji, co Ordo Iuris krytykowało w opinii dla Komisji.
Działania zaufanych podmiotów sygnalizujących i związane z nimi zagrożenia najlepiej widać było na przykładzie niedawnych wyborów na Węgrzech – opisanym w raporcie końcowym Koalicji Wolności na rzecz Wolnych i Uczciwych Wyborów (na stronie 29) – gdzie cenzurowanie treści – nawet prawdziwych co do ukazanych faktów – wpłynęło na wynik wyborów, bowiem wyborcy pozbawiani byli dostępu do informacji o np. spotkaniach międzynarodowych członków rządu. W tym świetle zasadne stają się obawy, czy nie będą nas czekać próby wykorzystania tego mechanizmu w kontekście przyszłorocznych wyborów do Sejmu i Senatu. Zresztą również i w krajowej praktyce mieliśmy do czynienia z motywowaną politycznie cenzurą – jak choćby usunięcie profilu Konfederacji z portalu Facebook w 2022 r. (co szeroko Instytut opisywał w raporcie „Funkcjonowanie mediów w Polsce” na stronach 54–56). Zgłoszenia zaufanych podmiotów sygnalizujących mogą stanowić pretekst do powrotu podejmowania praktyk tego rodzaju przez platformy, które, co więcej, będą mogły przerzucać odpowiedzialność za takie działania na właśnie te zaufane podmioty sygnalizujące.
Co więcej, dodawany art. 22zzk pozwala zaufanym podmiotom wytaczać powództwa na rzecz użytkowników i wstępować do toczących się procesów – czego DSA im nie przyznaje. Ten sam podmiot może więc zgłaszać treści do usunięcia i jednocześnie występować w sądowych sporach o moderację. To dużo dalej idące narzędzia do wywoływania efektu mrożącego, czyli samocenzury.
Podsumowanie
Zważywszy na skargę Komisji Europejskiej do TSUE z maja 2025 r. o niewykonanie DSA, podpis Prezydenta jest zrozumiały, tym bardziej że ustawa jest bliższa pierwotnemu projektowi rządu z 2024 r. niż regulacji zawetowanej w styczniu, jakkolwiek wciąż wykracza poza to, czego wymaga DSA.
Rzeczywista batalia rozegra się jednak o druk nr 2693. Wprawdzie usunięto z niego najdalej idące rozwiązania – obligatoryjny rygor natychmiastowej wykonalności zastrzeżono dla treści z art. 200 § 3 i 5, art. 200a i 200b Kodeksu karnego, dotyczących m.in. prezentowania pornografii małoletnim czy też nawiązywania kontaktów z małoletnimi w celu obcowania płciowego lub utrwalania treści pornograficznych – lecz sama idea usuwania treści decyzją urzędnika wciąż pozostaje mocno wątpliwa z punktu widzenia prawa do sądu. Projekt milczy przy tym, co się stanie, gdy sąd karny uzna, że usunięta treść nie była nielegalna. Takie skutki powinny zostać określone wprost, na przykład w postaci wysokiego odszkodowania od Skarbu Państwa.
Jędrzej Jabłoński – analityk Ordo Iuris
Zobacz też:
- Zakaz patostreamingu – kolejny pretekst do cenzury internetu
- Wolność słowa w erze cyfrowej – raport ONZ
- Nie tylko DSA: systemowe zagrożenia dla wolności słowa i integralności demokratycznych wyborów w Unii Europejskiej
- Prezydent wetuje ustawę cenzorską. Rząd nie rezygnuje
- Projekt ustawy grożący cenzurą w Internecie. Komisja Cyfryzacji wdraża część postulatów Ordo Iuris
Źródło zdjęcia okładkowego: iStock





