Informujemy, że Pani/Pana dane osobowe są przetwarzane przez Fundację Instytut na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris z siedzibą w Warszawie przy ul. Zielnej 39, kod pocztowy 00-108 (administrator danych) w ramach utrzymywania stałego kontaktu z naszą Fundacją w związku z jej celami statutowymi, w szczególności poprzez informowanie o organizowanych akcjach społecznych. Podstawę prawną przetwarzania danych osobowych stanowi art. 6 ust. 1 lit. f rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (RODO).

Podanie danych jest dobrowolne, niemniej bez ich wskazania nie jest możliwa realizacja usługi newslettera. Informujemy, że przysługuje Pani/Panu prawo dostępu do treści swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Korzystanie z newslettera jest bezterminowe. W każdej chwili przysługuje Pani/Panu prawo do wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania danych osobowych. W takim przypadku dane wprowadzone przez Pana/Panią w procesie rejestracji zostaną usunięte niezwłocznie po upływie okresu przedawnienia ewentualnych roszczeń i uprawnień przewidzianego w Kodeksie cywilnym.

Do Pani/Pana danych osobowych mogą mieć również dostęp podmioty świadczące na naszą rzecz usługi w szczególności hostingowe, informatyczne, drukarskie, wysyłkowe, płatnicze. prawnicze, księgowe, kadrowe.

Podane dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Jednak decyzje dotyczące indywidualnej osoby, związane z tym przetwarzaniem nie będą zautomatyzowane.

W razie jakichkolwiek żądań, pytań lub wątpliwości co do przetwarzania Pani/Pana danych osobowych prosimy o kontakt z wyznaczonym przez nas Inspektorem Ochrony Danych pisząc na adres siedziby Fundacji: ul. Zielna 39, 00-108 Warszawa, z dopiskiem „Inspektor Ochrony Danych” lub na adres poczty elektronicznej [email protected]

Przejdź do treści
PL | EN
Facebook Twitter Youtube
Komentarze

Komentarze

Prawda o „zmianie płci”. Ujawniono kulisy działań lobby gender i LGBT

Wierzę w to, że już niedługo genderowa ideologia poniesie sromotną klęskę na całym świecie a w podręcznikach szkolnych nasze dzieci będą uczyć się o minionej, mrocznej epoce, w której chirurgicznie i hormonalnie okaleczano setki tysięcy dzieci… w imię dyktatu pseudonauki gender i politycznej poprawności. Ale żeby tak się stało, musimy dzisiaj stawiać opór ideologom oraz ujawniać ich prawdziwe intencje. Przez lata nasze przestrogi przed genderowym krzywdzeniem najmniejszych były wyśmiewane przez główne media i wielu polityków. Ostatnie wydarzenia pozwalają nam ze spokojem powiedzieć „a nie mówiliśmy…” i raz jeszcze zaapelować do rządzących o jak najszybszy zakaz „tranzycyjnego” okaleczania dzieci.

 

Kłamstwa genderowych „specjalistów ujawnione”

W obronie dzieci zaczynają nas wyprzedzać… liberalne kraje Zachodu. W ubiegłym tygodniu angielska Sekretarz Zdrowia Victoria Atkins zapowiedziała w wystąpieniu przed Izbą Gmin w Londynie, że lekarze przepisujący dzieciom blokery dojrzewania będą traktowani jak przestępcy i mogą stracić prawo do wykonywania zawodu. Zakaz lub ograniczanie „tranzycji” nieletnich wprowadziła już między innymi Finlandia, Szwecja, Francja, Dania, Norwegia, Irlandia, Wielka Brytania oraz 19 stanów USA.

Najnowsze doniesienia pozwalają mieć nadzieję na to, że takich państw będzie wkrótce jeszcze więcej!

W ubiegłym miesiącu wyciekły prywatne rozmowy członków Światowego Stowarzyszenia Profesjonalistów na Rzecz Zdrowia Transseksualistów (WPATH) – jednej z najbardziej wpływowych organizacji genderowych. To właśnie ta organizacja tworzyła przez lata wytyczne „terapii” osób z zaburzeniami tożsamości płciowej, przekonując, że najskuteczniejszą metodą ich leczenia jest… afirmacja zaburzeń i bezpowrotne okaleczanie ciała w ramach tzw. tranzycji.

Na ich pseudonaukowe zalecenia powoływała się Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) i Polskie Towarzystwo Seksuologiczne oraz genderowi aktywiści i lekarze czerpiący korzyści z okaleczania nieletnich – seksuolodzy, psychiatrzy, psychologie, endokrynolodzy.

Ci ludzie mieli realny wpływ na prawo i życie setek tysięcy ludzi na całym świecie!

Dziś wyszło na jaw, że wśród osób związanych z WPATH są członkowie forów dla pedofilów, sadystów i fetyszystów. Ale ujawnione materiały potwierdziły przede wszystkim, że członkowie organizacji doskonale wiedzą, że nie ma rzetelnych dowodów naukowych na to, że tranzycja pomaga osobom z zaburzeniami tożsamości płciowej. Lekarze, którzy publicznie przekonują, że dzieci mogą podejmować decyzję o bezpowrotnym okaleczaniu własnego ciała, w prywatnych rozmowach przyznawali, że dziecko nie jest w stanie zrozumieć, co robi.

Znajdują się tam też przerażające historie dzieci, którym zaczęto „zmieniać płeć” w wieku… 4 lat! Z upublicznionych danych dowiadujemy się o przypadkach ludzi chorych na depresję, zaburzenia lękowe, chorobę afektywną dwubiegunową czy syndrom stresu pourazowego, którzy zamiast otrzymać fachową pomoc psychologiczną, zostali poddani tranzycji. Jedna z członków stowarzyszenia opowiadała o pacjencie, który miał siedem różnych osobowości (alter ego), spośród których dwie były „bezpłciowe”, a jedna żeńska. Lekarz przyznaje, że dokonał operacji, bo większość głosów w głowie pacjenta „zgodziło się na operację”.

Wyciek korespondencji genderystów jedynie uzupełnia wyniki badań prowadzonych przez najpoważniejsze ośrodki na świecie. Przyznający Nagrodę Nobla z medycyny Institut Karolinska już wcześniej napisał, że badania promujące tranzycyjne okaleczanie nie były rzetelne, gdy uznawały te praktyki za eksperyment medyczny. Dlatego już od kilkunastu miesięcy wzywamy polski rząd do zatrzymania tego szaleństwa.

Najwyższy czas zakazać okaleczania polskich dzieci!

W ubiegłym roku przygotowaliśmy projekt ustawy, zakazującej przeprowadzania wszelkich zabiegów z zakresu „zmiany płci” na nieletnich, za co zostaliśmy zaatakowani nawet przez dziennik „Rzeczpospolita”, który pisał o naszym projekcie na pierwszej stronie.

Liczę na to, że ujawnione właśnie rozmowy genderowych lobbystów i pseudonaukowców przyniosą otrzeźwienie, ale zapewne nie możemy w tym względzie liczyć na przedstawicieli rządu. Jeszcze przed ubiegłorocznymi wyborami Donald Tusk deklarował, że jego partia ma gotowy projekt ustawy, który pozwoli na skrócenie i znaczne ułatwienie procedury „zmiany płci”.  

W tej sytuacji musimy się skupić na pracy u podstaw – na informowaniu młodych ludzi, rodziców i nauczycieli, że „zmiana płci” jest fałszywym rozwiązaniem problemów, bezpowrotnym okaleczeniem narządów płciowych, trwałym wydaniem się na łaskę i niełaskę farmaceutycznych koncernów…

Nasi eksperci występują w mediach i na konferencjach naukowych oraz prowadzą szkolenia dla rodziców i nauczycieli, podczas których odpowiadają na ich pytania dotyczące między innymi tego, jak obronić swoje dzieci przed propagandą LGBT w szkołach.

Pomagamy rodzicom i nauczycielom

W reakcji na liczne zapytania nauczycieli, opracowujemy poradnik prawny, w którym wskażemy, co mogą robić nauczyciele, gdy rodzice i dyrektorzy szkół usiłują ich zmusić do zwracania się do ucznia nieakceptującego własnej płci z użyciem imienia i zaimków właściwych dla płci przeciwnej. Pracujemy także nad „Vademecum Transseksualizmu”, w którym opiszemy mechanizm wykorzystywania przez lobby LGBT młodych ludzi z zaburzeniami własnej tożsamości.

Aby uzbroić rodziców i nauczycieli w bezcenną wiedzę na temat wdrażanej do szkół wulgarnej edukacji seksualnej, która sprzyja wzrostowi problemów z tożsamością płciową u nastolatków – przygotowaliśmy raport na temat edukacji seksualnej, w którym szczegółowo opisujemy jej korzenie, założenia oraz perwersyjne treści, jakie radykalni aktywiści chcą przekazywać polskim dzieciom w szkołach.

 

Adw. Jerzy Kwaśniewski – prezes Ordo Iuris

 

Czytaj Więcej
Wolności obywatelskie

23.04.2024

Carla Schmitta „Nomos ziemi”, czyli skąd biorą się trudności współczesnych liberałów w rządzeniu państwami

· „Nomos der Erde” (po polsku: „Nomos Ziemi”) Carla Schmitta to głębokie dzieło filozofii politycznej opublikowane w 1950 roku.

· W książce tej Schmitt, niemiecki prawnik i teoretyk polityki, bada pojęcie „nomosu”, słowa pochodzącego z języka greckiego i posiadającego wiele znaczeń. Jurysta definiuje je jako porządek przestrzenny lub „podział ziemi”, który rządzi ludzkim współistnieniem. Twierdzi, że nomos nie jest jedynie neutralną koncepcją prawną lub geograficzną, ale raczej fundamentalnym wymiarem porządku politycznego i władzy, odnoszącym się do wartości.

· Gdy rządzą współcześni europejscy liberałowie, w sferze politycznej na poziomie krajowym dochodzi do próby całkowitego wyrugowania wartości związanych z historią i tradycją narodu, a na poziomie europejskim mamy do czynienia z zanegowaniem i zaprzeczeniem wartości europejskich.

· Od kiedy premierem Polski został Donald Tusk, zdają się urzeczywistniać prorocze słowa Schmitta o tym, że liberałowie i pseudo-liberałowie nie nadają się do rządzenia państwem, bo nie są w stanie nawet podjąć decyzji, a co dopiero wziąć za nie odpowiedzialność. W polskiej koalicji rządzącej dochodzi bowiem do nieustannych sporów, niekończących się dyskusji i potyczek ideologicznych.

· Oderwanie od wartości, ale też od przyjętego powszechnie nomosu, który służył Europie i światu od lat, będzie obfitowało w tragiczne skutki, o czym Schmitt pisał już wiele lat temu, a co zaczynamy obserwować już dzisiaj.

 

Czym jest nomos?

 

Schmitt w swojej książce[1] śledzi rozwój nomosu od starożytnej Grecji do wczesnej epoki nowożytnej, koncentrując się na powstaniu ius publicum Europaeum, europejskiego prawa publicznego, które pojawiło się w XVII wieku. Twierdzi on, że ten system prawa, oparty na zasadach suwerenności i terytorialności, stworzył względnie stabilny porządek w Europie na wiele stuleci.


Schmitt ostrzega jednak, że nomos nie jest porządkiem stałym i wiecznym, ale raczej dynamicznym i warunkowym. Twierdzi, że jest on nieustannie kwestionowany i przekształcany przez nowe wydarzenia polityczne, gospodarcze i technologiczne. Carl Schmitt wierzy, że we współczesnej erze nomos ziemi znajduje się w stanie kryzysu, ponieważ siły globalizacji i deterytorializacji grożą podważeniem tradycyjnego porządku państw i terytoriów.


Nomos rozumiany jest jako przestrzenny porządek ludzkiego współistnienia. Schmitt argumentuje, że nomos nie jest po prostu pojęciem prawnym, ale raczej fundamentalnym wymiarem porządku politycznego i władzy. Jest to porządek przestrzenny, który określa, w jaki sposób ludzie odnoszą się do siebie nawzajem i do ziemi, którą zamieszkują. Schmitt argumentuje, że nomos ziemi jest kruchym i niestabilnym porządkiem, który obecnie podupada. Jako zagrożenia dla nomosu ziemi postrzega rozwój globalizacji, organizacji międzynarodowych i interwencji humanitarnych. Schmitt uważa, że trendy te prowadzą do nowego globalnego porządku, który jest mniej stabilny i bardziej niebezpieczny niż stary porządek.

 

 

*

 

„Ach gdybyż narodów na świecie nie było,
Jak nam by się wtedy szczęśliwie tu żyło!
Dla dobra człowieka, dla szczęścia ludzkości
Złączonej w potężnym uścisku miłości,
Aż z trzaskiem pękałyby kości[2]”.

 

To, dlaczego współcześnie znaczenie nomosu jest tak istotne, związane jest z innym pojęciem, właściwie z jednym z najbardziej kluczowych w dorobku Schmitta, a mianowicie das Politische. Zwrot ten jest trudny do przetłumaczenia na język polski; zazwyczaj tłumaczy się je jako „polityczność[3]”. W opozycji do liberalizmu, ale też uwypuklając to, co zaczęło się po II wojnie światowej ze światem zachodnim i trwa nadal, Schmitt pokazuje, jak powoli dochodzi do oderwania znaczenia państwa dla obywatela i obywatela dla państwa. Zamiast celem i ideą, państwo stało się instrumentem, na którym można wygrywać przeróżną melodię (najczęściej oczywiście ekonomiczną). Jest jedynie środkiem do celu. Co za tym idzie, przestaje się mówić o narodach, a zaczyna się mówić o społeczeństwach. Carl Schmitt przestrzega przed takiego rodzaju rozwinięciem sytuacji nie tylko dlatego, że jest liberalizmowi przeciwny, ale także dlatego, iż wie, że polityka nie znosi lub nawet nie zna próżni.

 

To jeszcze nie jest ogólnoświatowy problem, a poza tym ktoś mógłby powiedzieć, że przecież istnieją ludzie niezwiązani w żaden sposób ze swoimi państwami. Jednakże, nawet oni powinni się mieć na baczności, kiedy słyszą imperialne trąby i zunifikowane godła, pod którymi powiewają sztandary – oczywiście takie same dla wszystkich. Szalony i drapieżny władca świata nie zatrzymuje się bowiem na stanowieniu o ideach i wartościach, ale zawłaszcza sobie ludzkość, z jej prawami – tak, prawami człowieka, które odtąd zdają się być już „prawami ludzkości”, a więc w swojej istocie bezprawiem. Narzuca się nam pojęcia nieostre, które nie tylko zakrzywiają cały obraz systemu prawnego, ale rozmywają samą jego istotę i przemycają między wierszami pewną retorykę. Debacie o państwie nadają charakter nie tyle polityczny, co ideologiczny. Polega to na tym, że ci, którzy głoszą aksjologiczną neutralność prawa, są w istocie nie tylko swoistymi komisarzami w służbie pewnych idei, ale także zagarniają całe połacie definicji, rozszerzając swoje wpływy w sposób pozornie niewinny, często nawet niezauważalny.

 

Carl Schmitt podkreślał, że tak jak współcześnie imię Boga jest nadużywane, podobnie nadużywany jest termin ludzkość, a ten, kto mówi o ludzkości, kłamie[4]. Nie da się prawodawstwem objąć całego świata, nie tylko ze względu na odrębności kulturowe i narodowe, ale właśnie z uwagi na nomos, który kształtuje się w sposób naturalny i organiczny. Są państwa o słabszej tożsamości, które nie przetrwają tej próby. Co w sytuacji, kiedy narodowość jest systematycznie wykorzeniana, niszczona, a ten, który te ciosy zadaje, twierdzi, że broni w ten sposób ludzkości, na przykład przed często błędnie eksploatowanym ostatnimi czasy faszyzmem? Carl Schmitt nie dożył do XXI wieku, aby tę sprawę skomentować. Można jedynie zadać sobie pytanie, czy czułby satysfakcję widząc, jak urzeczywistniają się jego prorocze słowa o tym, że brak decyzyjności liberałów, ich gadulstwo nie poparte żadnym działaniem i ich absolutne oderwanie od wspólnotowości narodowej doprowadzą do rozkładu. A skoro państwo można zastąpić wydmuszką przystosowaną (aczkolwiek tylko potencjalnie!) do celów ekonomicznych i ideologicznych, to co można zrobić z człowiekiem? Skoro największe idee, za które nasi przodkowie oddawali życie, pragnie się pogrzebać, co może czekać jednostkę? Schmitt pokazuje nam właśnie, że warto się nad tym zastanawiać.

 

Polska w roku 2024

 

Obecnie znajdujemy się w sytuacji politycznej, którą bez przesadnych przeszkód intelektualnych możemy określić jako sytuacja „schmittiańska”. Określenie to, stworzone na potrzeby niniejszego komentarza, pozwoli nam przyjrzeć się mechanizmom, które realizują się w skutku, przed jakim niejednokrotnie Schmitt przestrzegał. Jedną z takich cech, która jest nie tylko zarzutem w stosunku do obecnego polskiego rządu, ale w ogóle rządów o profilu „zachodnim”, jest problem neutralności. Dla Carla Schmitta jednym z kluczowych powodów, dlaczego światopoglądowi liberałowie nie nadają się do rządzenia tak poważną i jednoznaczną strukturalnie organizacją, jaką jest państwo, jest fakt, że głoszą oni (nawet wtedy, kiedy nic nie mówią) tzw. „światopoglądową neutralność”. W rzeczywistości jest to ostatecznie jedynie swoisty fikołek intelektualny, gdyż zasadniczo nie jest możliwe, aby być neutralnym. Jednakże wielu polityków, w tym polskich, do takiej maskarady właśnie przystępuje.

 

Część współczesnych polskich polityków, którzy określają się jako liberałowie, w rzeczywistości pochodzi z zupełnie innych środowisk, tak jak to jest na przykład w przypadku premiera Donalda Tuska, który swoje polityczne korzenie ma w chadecji, czyli w demokracji chrześcijańskiej. Dlaczego jest to takie istotne? Otóż, problem z neutralnością, bardziej lub mniej udawaną, jest to, że zawsze skutkuje odcięciem się od swoich wartości na rzecz bycia w teorii „neutralnym”, a w praktyce politycznie lubianym. To jest problematyczne szczególnie wtedy, kiedy trzeba podjąć jakąś decyzję, do czego liberałowie, zdaniem Schmitta, właśnie z powodu tego odcięcia się od idei i wartości, są niezdolni. Można to obserwować w wielu aspektach działalności obecnego rządu. Sama koalicja rządząca, która składa się z ludzi o bardzo różnych założeniach (i dlatego nie mogą się dogadać np. w kwestii aborcji), popada w konflikt. W rezultacie w wielu sprawach żadne decyzje nie zostają podjęte, co dla państwa jest najgorszym z rozwiązań. Siła, nie tylko państwa, ale także człowieka, polega na podejmowaniu decyzji i braniu za nie odpowiedzialności.

 

Kolejnym przykładem tego, jak w praktyce realizują się najgorsze obawy Carla Schmitta w Polsce, jest uwidocznienie tego, jak, paradoksalnie, liberalizm nie sprzyja demokracji. Pokładanie całej nadziei w jednostce, faworyzowanie grup, które należą do mniejszości, populizm, który narasta wokół obietnic z tym związanych, a nade wszystko może jeszcze brak silnego przywództwa, które opierałoby się na konkretnych, umocnionych w narodzie przekonaniach, prowadzi do sytuacji, w której nie tylko polityka państwa jest osłabiona, ale także samo istnienie tegoż państwa. To, co obecnie widzimy w polskim Sejmie, a więc niekończące się dyskusje, które do niczego nie prowadzą i pozostają bez żadnej konkluzji, gdyż mają na celu chyba jedynie zaspokajanie oratorskich ambicji niektórych posłów i posłanek, nie są dobre ani dla porządku publicznego, ani dla racji stanu państwa, ani przede wszystkim dla obywateli. Nomos ginie nie tylko w świecie, ale także w polskim narodzie.


Krytycy twórczości Schmitta twierdzą, że jego nacisk na nomos jako fundamentalną koncepcję porządku politycznego może prowadzić do usprawiedliwienia autorytarnych, a nawet totalitarnych form rządów. Jego spostrzeżenia na temat natury porządku politycznego i władzy pozostają jednak aktualne i znajdują potwierdzenie w naszej współczesnej rzeczywistości. „Nomos ziemi” to wymagająca i prowokująca do myślenia lektura, która oferuje cenny wgląd w naturę porządku politycznego i władzy w dzisiejszym świecie. Historia pokazuje, że z porządkiem międzynarodowym jest tak, jak w Apokalipsie: „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z ust moich[5]!”. Wartości są konieczne, nie opcjonalne.

 

 

Julia Książek – analityk Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris

 

 
 
Czytaj Więcej
Wolności obywatelskie

19.04.2024

Konwencja w sprawie sztucznej inteligencji – konieczność czy nieobliczalny projekt?

Komitet Rady Europy ds. Sztucznej Inteligencji (CAI) sfinalizował negocjacje dotyczące Konwencji ramowej w sprawie sztucznej inteligencji, praw człowieka, demokracji i państwa prawa. Jest to pierwszy międzynarodowy traktat opracowany w celu uwzględnienia etycznych konsekwencji rozwoju sztucznej inteligencji. Dokument był przygotowywany przez ponad trzy lata i stanowi odpowiedź na rosnące obawy dotyczące szkodliwości sztucznej inteligencji wykorzystywanej w dynamicznie rozwijających się aplikacjach, takich jak Chat GPT. Konwencja ma na celu zapewnienie, że rozwój i wykorzystanie sztucznej inteligencji będzie zgodne ze standardami Rady Europy w zakresie praw człowieka, demokracji i praworządności. Koncentruje się ona na zagwarantowaniu ciągłego stosowania tych zasad w sytuacjach, w których systemy sztucznej inteligencji wpływają na podejmowanie decyzji przez ludzi lub je zastępują. Państwa członkowskie Rady Europy rozważą teraz przyjęcie projektu tekstu. Jeśli zostanie on zaakceptowany, Konwencja będzie mogła zostać podpisana przez państwa członkowskie. W pracach nad dokumentem aktywnie uczestniczyła także Unia Europejska.

 

Cele Konwencji

 

Główną tezą Konwencji[1] jest twierdzenie, że rozwój, projektowanie i wykorzystywanie systemów sztucznej inteligencji musi być w pełni zgodne z prawami człowieka, demokracją i praworządnością. Oznacza to, że sztuczna inteligencja powinna być wdrażana w sposób, który chroni te podstawowe wartości przez cały cykl życia technologii, od projektowania i rozwoju po wdrożenie i ostateczną (ewentualną) likwidację. Głównym założeniem jest zapisanie praw człowieka jako zasady przewodniej w rozwoju i wdrażaniu sztucznej inteligencji. Gwarantuje to, że istota naszych wolności nie zostanie poświęcona na „ołtarzu” postępu technologicznego. Do kluczowych celów dokumentu należy między innymi ochrona praw człowieka. Obejmuje to takie kwestie jak prywatność, niedyskryminacja i sprawiedliwość w systemach AI. Ponadto Konwencja ma na celu upewnienie się, że sztuczna inteligencja nie podważa procesów demokratycznych ani praworządności. Może to obejmować zapewnienie przejrzystości w podejmowaniu decyzji dotyczących AI i zapobieganie wykorzystywaniu tego narzędzia do nieuczciwej manipulacji lub kontrolowania ludzi. Ustanawiając jasne wytyczne, dokument ma na celu zachęcanie do rozwoju i wdrażania sztucznej inteligencji w sposób przynoszący korzyści całemu społeczeństwu. Może to obejmować wspieranie innowacji przy jednoczesnym łagodzeniu potencjalnych zagrożeń, takich jak stronniczość lub niezamierzone konsekwencje.

 

Treść Konwencji

 

Rozdział I (otwierający) Konwencji kładzie podwaliny pod cały dokument. Rozpoczyna się on od zapewnienia, że rozwój i wykorzystanie sztucznej inteligencji jest zgodne z podstawowymi prawami człowieka, procesami demokratycznymi i praworządnością[2]. Co istotne, nie wszystkie systemy AI podlegają regulacjom konwencyjnym. W założeniach mają się koncentrować jedynie na systemach mających wpływ na prawa człowieka, funkcje demokratyczne lub ramy prawne.  Warto zwrócić uwagę, że w dokumencie utworzono kilka definicji prawnych, w tym m.in. „system sztucznej inteligencji”, „cykl życia” (od projektu do wycofania z eksploatacji), „dostawca”, „użytkownik” i „podmiot” (osoby dotknięte działalnością sztucznej inteligencji). Artykuł 3 określa[3] obowiązki krajów podpisujących Konwencję. Obejmują one wdrożenie przepisów krajowych odzwierciedlających jej zasady i ustanowienie mechanizmu monitorowania zgodności. Kluczowa kontrowersja dotyczy tego, które systemy sztucznej inteligencji wchodzą w zakres regulacji. Całkowite wyłączenie działań badawczo-rozwojowych budzi obawy o potencjalne luki prawne. Krytycy twierdzą, że szkodliwe uprzedzenia mogą zostać zakorzenione na wczesnym etapie procesu rozwoju. Rozdział III traktuje o odpowiedzialności za działania AI. Wątpliwość budzi to, kto powinien ponosić odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez sztuczną inteligencję: deweloperzy, użytkownicy czy sama sztuczna inteligencja? Przypisanie winy w złożonych systemach sztucznej inteligencji z udziałem różnych podmiotów jest wyzwaniem prawnym. Konwencja ma na celu zapobieganie stronniczości AI, ale definiowanie i udowadnianie stronniczości algorytmów jest złożone. Rodzi to pytania o ciężar dowodu w sporach prawnych wynikających z nieobiektywnych decyzji podejmowanych przez AI. W artykule 15, p. 2 czytamy, że „każde państwo musi zapewnić, że osoby wchodzące w interakcję z systemami sztucznej inteligencji były powiadamiane o tym, że wchodzą w interakcję z takimi systemami, a nie z człowiekiem[4]”.

 

Konieczność rozwoju a kontrola regulacyjna

 

Jak widać, Konwencja nie jest pozbawiona potencjalnych pułapek. Niektórzy mogą postrzegać ją jako niepożądaną ingerencję, ciężką rękę regulacji, która tłumi innowacje. Mogą oni argumentować, że nieskrępowany geniusz sektora prywatnego jest prawdziwym motorem postępu, a interwencja rządu posłuży jedynie podcięciu skrzydeł wynalazczości. Zwolennicy twierdzą jednak, że regulacje te są niezbędnymi drogowskazami, aby kierować rozwojem sztucznej inteligencji na odpowiedzialną ścieżkę, wspierając zaufanie publiczne do tej rodzącej się technologii. Konwencja zakłada, że dążenie do rozwoju sztucznej inteligencji nie powinno być faustowskim targiem, poświęcającym podstawowe zasady dla postępu. Zasadne jest, aby rozwój i wdrażanie sztucznej inteligencji były prowadzone w doskonałej harmonii z ustalonymi zasadami praw człowieka, demokracji i praworządności. Ten skomplikowany balet między technologicznym postępem a podstawowymi wartościami obiecuje przyszłość, w której sztuczna inteligencja będzie służyć ludzkości, a nie odwrotnie.


Osiągnięcie właściwej równowagi między kontrolą regulacyjną a nieokiełznaną innowacyjnością jest trudnym zadaniem. Zbyt rygorystyczne przepisy mogą zdusić postęp, podczas gdy podejście leseferystyczne może zasiać ziarno dylematów etycznych. Konwencja aspiruje do bycia punktem równowagi, ustanawiając ramy, które są zarówno elastyczne, jak i solidne. Bez jasnych wytycznych symfonia rozwoju sztucznej inteligencji może przerodzić się w kakofonię, z niezamierzonymi konsekwencjami i dylematami etycznymi, które mogą zagłuszyć potencjalne korzyści.

 

Kto ma być objęty regulacjami?

 

Kolejną kwestią jest koncentracja globalna i „regionalna” w obrębie międzynarodowego porządku prawnego. Konwencja jest inicjatywą europejską, ale rozwój i wykorzystanie sztucznej inteligencji to zagadnienia ogólnoświatowe. Kwestia tego, w jaki sposób zasady Konwencji mogą zostać włączone do szerszych ram międzynarodowych pozostaje nierozwiązana.  Kluczowym punktem spornym jest określenie poziomu wpływu, jaki system sztucznej inteligencji musi mieć na prawa człowieka, demokrację lub praworządność, aby podlegać regulacji. Czy wszystkie systemy AI powinny być nimi objęte czy tylko te wysokiego ryzyka? Debata ta zależy od zrównoważenia regulacji z innowacjami.

 

Istotną kwestią jest także wyłączenie badań naukowych (art. 1 i 4). Nie ma zgody co do tego, czy badania i rozwój sztucznej inteligencji powinny być objęte regulacją. Niektórzy opowiadają się za wolną przestrzenią do eksploracji, podczas gdy inni obawiają się potencjalnych nadużyć podczas faz badawczych. Profesor prawa Emilio de Capitani w swoim tekście zauważa, że spod negocjacji na tak istotny społecznie temat, całkowicie zostało wyjęte społeczeństwo obywatelskie[5]. Rygorystyczne przepisy dotyczące rozwoju sztucznej inteligencji mogłyby też paradoksalnie, potencjalnie spowolnić postęp i sprawić, że firmy byłyby droższe w opracowywaniu i wdrażaniu systemów sztucznej inteligencji. Mogłoby to utrudnić wzrost gospodarczy, co jest przedmiotem troski wielu konserwatystów. Istotnym argumentem jest też kwestia „programowania” sztucznej inteligencji. Osoby o poglądach konserwatywnych mogą być zaniepokojone potencjalnymi uprzedzeniami wobec pewnych punktów widzenia w danych szkoleniowych dla systemów sztucznej inteligencji i założeniach ideologicznych. Kluczową kwestią jest zrównoważenie praw jednostki z bezpieczeństwem narodowym. Konwencja może ograniczyć wykorzystanie sztucznej inteligencji do celów bezpieczeństwa narodowego, nawet jeśli jest ona zgodna ze standardami praw człowieka. Dziedzina sztucznej inteligencji szybko się rozwija, a jej długoterminowe implikacje nie są w pełni zrozumiałe i nie do ocenienia.  Należy byś ostrożnym w kwestii podpisania aktu, który mógłby ograniczyć przyszłe postępy w technologii sztucznej inteligencji. Ogólnie rzecz biorąc, Konwencja powinna być poddana debacie. Uznając znaczenie etycznego rozwoju sztucznej inteligencji, niektórzy mogą obawiać się potencjalnego nadmiernego zasięgu rządu i ograniczeń innowacji.

 

 

Julia Książek – analityk Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris

 

 

 

Czytaj Więcej
Ochrona życia

17.04.2024

Sejm za aborcją, UE naciska na Polskę

W ciągu ostatnich tygodni zrobiliśmy wiele, by wzmocnić determinację polityków i przekonać ich, że ich wyborcy oczekują zdecydowanej ochrony życia. Zjednoczyliśmy w tym działaniu siły wielu środowisk, które stały się głosem dzieci nienarodzonych, które same nie mogą się bronić. Instytut Ordo Iuris mobilizuje polityków, dostarcza niezbędnych argumentów i motywacji w obronie ludzkiej godności. Jeżeli zabrakłoby tego wsparcia, front obrońców życia szybko zostałby podzielony i zepchnięty na margines. A przecież aborcja „jest zbrodnią, której żadna ludzka ustawa nie może uznać za dopuszczalną”, jak pisał w encyklice „Evangelium Vitae” św. Jan Paweł II, który przypominał o źródłach praw człowieka i ludzkiej godności.

 

Sejm kieruje proaborcyjne ustawy do komisji

W piątek parlamentarzyści głosowali nad czterema proaborcyjnymi projektami ustaw autorstwa Nowej Lewicy, Trzeciej Drogi i Koalicji Obywatelskiej. Każdy z nich był gwałtem na prawie do życia i polskiej Konstytucji. Wszystkie przeszły pierwsze czytanie i trafiły do dalszych prac w sejmowych komisjach.

Gdy w Sejmie debatowano nad uśmiercaniem nienarodzonych, Parlament Europejski zażądał wpisania aborcji do Karty Praw Podstawowych UE. Przy okazji eurodeputowani potępili polski model ochrony nienarodzonych dzieci. Zabijanie staje się… nowym wyznacznikiem praworządności w UE!

To kulminacja ataku na życie.

Ale wojna o życie nienarodzonych dopiero się zaczyna. Przed nami prace w sejmowych komisjach, drugie i trzecie czytanie w Sejmie, głosowanie w Senacie. Ostatecznie weto wobec nieludzkiego prawa może złożyć Prezydent Andrzej Duda.

Przekonujemy parlamentarzystów do obrony życia ludzkiego od poczęcia

Aby skłonić posłów do odrzucenia proaborcyjnych projektów ustaw, zaprosiliśmy naszych Przyjaciół i Sympatyków do wykonywania telefonów i wysyłania maili do posłów. Przedstawiciele Narodu muszą czuć, że patrzymy im na ręce. Nasza akcja wzbudziła niepokój mediów takich jak NaTemat, „Wysokie Obcasy” i „Gazeta Wyborcza”, której portal pisał, że wysłaliśmy „ponad milion maili, w których prosimy odbiorców o kontakt z biurami poselskimi”. Najwyraźniej widmo przebudzenia olbrzyma konserwatywnej opinii publicznej spędza im sen z powiek.

Biura poselskie informowały o ogromnej ilości e-maili i telefonów. O sukcesie akcji świadczy wiadomość, którą otrzymaliśmy od jednego z czołowych polityków PSL, który napisał, że otrzymał ponad tysiąc maili i wiele telefonów, które przestał liczyć i… nie poprze liberalizacji prawa aborcyjnego. Państwa presja przyniosła konkretny rezultat – przekonując jednych, umacniając innych, cementując silny blok posłów odważnie występujących w obronie życia. Niestety, polityczny dyktat i dyscyplina dla większości była ważniejsza niż budzony przez nas głos sumienia.

Proaborcyjne ustawy należy odrzucić!

Oprócz presji wywieranej telefonami i mailami, przekazaliśmy parlamentarzystom merytoryczne argumenty prawne za obroną życia. W tym celu przygotowaliśmy i przekazaliśmy posłom szczegółowe analizy prawne poświęcone proaborcyjnym projektom.

Wykazaliśmy, że część projektów nie tylko wprowadza sprzeczny z Konstytucją swobodny dostęp do aborcji „na życzenie”, ale ich przepisy mają też za zadanie otwarcie drogi do tzw. aborcji domowych u nastolatek – bez wiedzy rodziców.

W analizie na temat projektu posłów Trzeciej Drogi dowiedliśmy, że powrót do eugeniczej aborcji jest wykluczony przez zdecydowany wyrok TK. Ponadto, projekt PSL i Szymona Hołowni nie jest „powrotem do kompromisu aborcyjnego”, jak przedstawiają go jego autorzy, lecz próbuje otworzyć drogę do zalegalizowania aborcji na życzenie na podstawie złego samopoczucia psychicznego matki.

Nasze argumenty były przytaczane przez posłów w trakcie debaty sejmowej, a analiza na temat projektu Lewicy została wprost zacytowana przez posła Konfederacji Romana Fritza, który zwrócił uwagę na fakt, iż pierwszy raz aborcję „na życzenie” na ziemiach polskich zalegalizował niemiecki okupant w 1943 roku.

„Głos Nienarodzonych” wybrzmiał przed Sejmem

Aby jeszcze bardziej wzmocnić nacisk społeczny na parlamentarzystów, w dniu debat sejmowych ustawiliśmy przed sejmem dzwon „Głos Nienarodzonych”, którego bicie docierało na korytarze sejmowe i nie pozwalało zapomnieć o znaczeniu obrony życia.

Gdy tego dnia w Sejmie uczestniczyłem w posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Dziedzictwa św. Jana Pawła II, który rozpoczął obrady od przyjęcia zdecydowanego stanowiska przeciwko proaborcyjnym projektom, wyraźnie słyszeliśmy bicie „Głosu Nienarodzonych”.

Pod Sejmem przeprowadziliśmy konferencję prasową z udziałem wielu organizacji pro-life, która pozwoliła dotrzeć z krytyką aborcyjnych projektów do wielu mediów i ich odbiorców.

Zwróciliśmy uwagę na fakt, że Trybunał Konstytucyjny od lat systematycznie wskazuje na konstytucyjną ochronę życia od poczęcia. Wbrew propagandzie aborcjonistów, wyrok z 2020 roku nie był tu żadnym wyjątkiem. Dyrektor naszego Programu Życie i Bioetyka mec. Katarzyna Gęsiak przypomniała, że międzynarodowa Konwencja o Prawach Dziecka deklaruje: „dziecko, z uwagi na swoją niedojrzałość fizyczną oraz umysłową, wymaga szczególnej opieki i troski, w tym właściwej ochrony prawnej, zarówno przed, jak i po urodzeniu”.

Jednym z gości konferencji była pani doktor Kamila Majcher – ginekolog ze Stowarzyszenia Lekarzy Katolickich, która podkreślała, że dla lekarza i matki nie ma wątpliwości, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia, a gdy przyjmuje w gabinecie kobietę w ciąży – ma przed sobą zgodnie z zasadami etyk lekarskiej dwoje pacjentów.

Po konferencji, w ramach akcji „Dziecko ma swoje miejsce” każdy przechodzień mógł symbolicznie podnieść z ziemi figurkę 10-cio tygodniowego dziecka nienarodzonego i umieścić ją w dziecięcym wózku, pokazując w ten sposób, że każde dziecko ma prawo do życia. Następnie – po Mszy Świętej w Bazylice św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu – pod Sejm wyruszył Marsz w Obronie Dzieci.

Parlament Europejski chce nam narzucić aborcję

Gdy część naszego zespołu pisała analizy czterech aborcyjnych projektów, koordynowała kontakt z politykami, inni organizowali wydarzenia pod Sejmem i dbali o bieżący kontakt z dziennikarzami. W tym samym czasie zespół Programu „Wolna i suwerenna Rzeczpospolita” szykował analizy aborcyjnych rezolucji Parlamentu Europejskiego i docierał do setek eurodeputowanych, dostarczając im rzetelnych informacji o obronie życia i sytuacji w Polsce.

A już w niedzielę ulicami Warszawy – w geście sprzeciwu wobec aborcyjnych ustaw – przejdzie Narodowy Marsz Życia. Poprzedził go zdecydowany głos Przewodniczącego Episkopatu abp. Tadeusza Wojdy, z którym miałem okazję odbyć długą i owocną rozmowę o obronie życia w ubiegłym tygodniu.

Dwa tygodnie starań to tylko początek. Chociaż Parlament Europejski przyjął zbrodniczą rezolucję, a Sejm przekazał do komisji nieludzkie ustawy o zabijaniu nienarodzonych, to doszło jednocześnie do ważnego przełomu w obronie życia. Zdecydowana większość polityków PiS i Konfederacji, a także część posłów PSL, stanęła po stronie życia. Tylko nieliczni politycy opozycji wstrzymali się od głosu, zupełnymi wyjątkami na prawicy byli zwolennicy zabijania. Natychmiast publicznie ujawniliśmy tych sojuszników czarnych marszów w obozie odwołującym się do nauczania św. Jana Pawła II. Spotkali się też ze zdecydowaną krytyką swoich własnych koleżanek i kolegów z ław poselskich. Jednak na wyrazy uznania zasługują ci wszyscy, którzy tak zdecydowanie i odważnie stanęli po stronie życia.

 

Adw. Jerzy Kwaśniewski – prezes Ordo Iuris

 

Czytaj Więcej

Prawo do dziecka czy prawa dziecka?

Takim tytułem opatrzony został artykuł w „The Washington Post” dotyczący ubiegłotygodniowej konferencji w Rzymie, zorganizowanej przez twórców tzw. Deklaracji z Casablanki. Dwudniowa konferencja, poświęcona dyskusji na temat globalnego zakazu macierzyństwa zastępczego, odbyła się w gmachu prywatnego rzymskokatolickiego uniwersytetu LUMSA (drugiego najstarszego uniwersytetu w Rzymie po Uniwersytecie Sapienza). Udział w wydarzeniu wzięła włoska Minister ds. Rodziny, Dzietności i Równości Szans, członkowie Komitetu ds. praw dziecka ONZ, specjalny sprawozdawca ONZ ds. przemocy wobec kobiet, dyplomaci Stolicy Apostolskiej, włoscy parlamentarzyści z 6 różnych frakcji politycznych (zarówno prawicy, jak i lewicy), przedstawiciele świata akademickiego z Polski, USA, Chile, Kenii, Kolumbii, Argentyny, Urugwaju, Hiszpani, Francji i Włoch oraz dziennikarze, aktywiści i działacze organizacji pozarządowych. W związku z tym, że kwestią sporną pozostaje to, czy istnieje „prawo do posiadania dziecka”, do udziału w wydarzeniu zaproszono także prawników, w tym przedstawicieli Instytutu Ordo Iuris.

 

Konferencja odbiła się szerokim echem w mediach. O wydarzeniu napisał nie tylko wspomniany Washington Post, ale także Independent, The European Conservative, Vatican News czy The Hill.

 

Deklaracja z Casablanki powstała w ubiegłym roku jako efekt współpracy prawników, lekarzy i psychologów, którzy na co dzień zajmują się tzw. macierzyństwem zastępczym i jego wpływem na jednostkę i społeczeństwo. Przekonani o konieczności wypracowania środków o charakterze globalnym, przygotowali oni projekt międzynarodowej Konwencji w sprawie powszechnego zniesienia macierzyństwa zastępczego, który promują wśród rządów państw i organizacji międzynarodowych. Deklarację wraz z załączonym projektem Konwencji podpisało ostatecznie 100 ekspertów z 75 różnych krajów.

 

System praw człowieka ONZ a macierzyństwo zastępcze

 

Zjawisko tzw. macierzyństwa zastępczego czy też surogacji nie zostało expressis verbis zakazane w traktatach międzynarodowych. Niemniej, w ramach międzynarodowego systemu ochrony praw człowieka ONZ, prawa dziecka zostały zagwarantowane w szeregu zarówno wiążących, jak i niewiążących dokumentów. Istotnym z punktu widzenia interpretacji postanowień konwencyjnych dokumentem (choć niewiążącym), jest Deklaracja praw dziecka z 1959 r. przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Na mocy zasady dziewiątej zdanie drugie, dziecko nie powinno być przedmiotem handlu w żadnej formie. Natomiast zgodnie z zasadą szóstą, poza wyjątkowymi przypadkami, w pierwszych latach życia nie wolno oddzielać dziecka od matki.  Podobnie podstawowy i wiążący dokument, na mocy którego chronione są prawa dziecka, a więc Konwencja o prawach dziecka z 1989 r., w treści art. 7 stanowi, że dziecko od momentu urodzenia – jeśli to możliwe – ma prawo do poznania swoich rodziców i pozostawania pod ich opieką. Co więcej, art. 11 nakłada na Państwa-Strony obowiązek podejmowania kroków w celu zwalczania nielegalnego transferu dzieci oraz ich nielegalnego wywozu za granicę. Regulacja ta ma znaczenie zwłaszcza dla tych Państw-Stron, których regulacje krajowe zakazują macierzyństwa zastępczego. Z kolei art. 21 lit. d stanowi, że Państwa-Strony uznające i/lub dopuszczające system adopcji zapewnią, aby dobro dziecka było celem najwyższym i będą podejmować wszelkie właściwe kroki dla zapewnienia, aby w przypadku adopcji do innego kraju osoby w nią zaangażowane nie uzyskały z tego powodu niestosownych korzyści finansowych. Konwencja została ratyfikowana przez 196 państw, które – na mocy rzeczonego postanowienia – powinny zakazać surogacji komercyjnej w swoim porządku wewnętrznym. W tym zakresie warto także zwrócić uwagę na brzmienie art. 2 lit. a Protokołu Fakultatywnego do Konwencji o prawach dziecka w sprawie handlu dziećmi, dziecięcej prostytucji i dziecięcej pornografii z 2000 r. Stosownie do jego treści, handel dziećmi oznacza jakiekolwiek działanie lub transakcję, w drodze której dziecko przekazywane jest przez jakąkolwiek osobę lub grupę osób innej osobie lub grupie za wynagrodzeniem lub jakąkolwiek inną rekompensatą. Tego rodzaju definicja prawna zdaje się obejmować już nie tylko surogację komercyjną, ale także tzw. altruistyczną, która co do zasady oznacza, że całkowity koszt ponoszony przez potencjalnych rodziców sprowadza się do pokrycia kosztu procedury i opieki medycznej kobiety w czasie ciąży.

 

W zakresie systemu ochrony praw człowieka ONZ, należy zwrócić uwagę także na postanowienia Konwencji o ochronie dzieci i współpracy w dziedzinie przysposobienia międzynarodowego z 1993 r. Wzrastająca mobilność społeczeństw i zwiększenie ilości transgranicznych adopcji spowodowała reakcje zarówno legislacji krajowych, jak i międzynarodowych w tym zakresie. Podczas dyskusji na temat regulacji adopcji zagranicznej ścierać się miały dwie koncepcje – pierwsza, popierająca ułatwienie adopcji bez względu na granice państwowe oraz druga, zwycięska, dla której adopcja poza granice państwa miała stanowić jedynie środek ostateczny. Celem wspomnianej Konwencji jest zapewnienie, że przysposobienia międzynarodowe dokonywane są w najlepszym interesie dziecka, a istniejące zabezpieczenia uniemożliwiają uprowadzenie i sprzedaż dzieci oraz handel nimi. Postanowienia te zatem zobowiązują państwa do zapobiegania traktowaniu dziecka wyłącznie jako przedmiotu transakcji. W dalszych postanowieniach podkreśla się wymóg współpracy pomiędzy organami państw uczestniczącymi w przysposobieniu dla zapewnienia ochrony dzieci, a w normie art. 32 ust. 1 zawarto zakaz uzyskiwania niestosownej korzyści majątkowej lub innej z tytułu działania dotyczącego przysposobienia międzynarodowego.

 

Badania rynku

 

Jak wynika z raportu Global Surrogacy Market Size, Share, Growth Analysis, By Type, By Technology Industry Forecast 2023 2030, globalny rynek „macierzyństwa zastępczego” dynamicznie się rozwija wraz z rosnącymi wskaźnikami postępu w technologiach wspomaganego rozrodu, zmieniającymi się normami społecznymi, coraz powszechniejszymi problemami z niepłodnością i rosnącą akceptacją nietradycyjnych struktur rodzinnych. Rynek ten obejmuje szeroki zakres usług, w tym gestacyjne macierzyństwo zastępcze (z wykorzystaniem techniki in vitro), tradycyjne macierzyństwo zastępcze (w którym matka zastępcza jest dawczynią komórki jajowej), konsultacje prawne i medyczne, leczenie niepłodności i usługi wsparcia po zakończonej procedurze. Kluczowi gracze w tej branży to agencje „macierzyństwa zastępczego”, kliniki płodności, firmy prawnicze specjalizujące się w prawie reprodukcyjnym oraz pracownicy służby zdrowia.

 

Technicznie rynek ten podzielony jest na kilka segmentów – według typu, stosowanej technologii i regionu. Według regionu, rynek dzieli się na Amerykę Północną, Europę, Azję i Pacyfik, Bliski Wschód i Afrykę oraz Amerykę Łacińską. Według tego raportu osoby z krajów, w których obowiązują drogie lub restrykcyjne przepisy dotyczące macierzyństwa zastępczego, często szukały usług zastępczych w krajach o bardziej przystępnych cenach i łagodniejszych regulacjach. Do popularnych w tym kontekście krajów należało kilka stanów USA, Indie i Ukraina.

 

W 2022 r. globalny rynek macierzyństwa zastępczego został wyceniony na 12,97 mld USD. Prognozowany wzrost wynosi z 15,76 mld USD w 2023 r. do 74,63 mld USD do 2031 r.

 

 

Weronika Przebierała – dyrektor Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris

 

Czytaj Więcej
Wolności obywatelskie

12.04.2024

Jak się szyje „ruskie onuce”. Polityczne narracje mające zniszczyć prawicę

Choć Rosja ma prawdziwą i niebezpieczną agenturę wpływu na Zachodzie, to wciąż o działania promoskiewskie oskarża się tradycyjną konserwatywną prawicę. Wśród metod najczęściej używanych są:

 

● stworzenie wrażenia, że prawica ma jakieś niejawne biznesowe czy społeczne kontakty z reprezentantami Kremla;

● sugerowanie, że Moskwa za pomocą skomplikowanej sieci zależnych od siebie organizacji finansuje światowy konserwatyzm;

● lansowanie tezy, że skoro Putin i konserwatywni działacze mają podobne poglądy na temat rewolucji kulturowej, to znaczy, że Kreml steruje owymi działaczami;

● przekonywanie, że wyborcze sukcesy ugrupowań prawicowych są w dużej mierze efektem działań moskiewskich trolli internetowych;

● wykorzystywanie faktu, że niektórzy konserwatyści ułatwiają stawianie takich oskarżeń, wypowiadając się w sposób niemądry i nieprzemyślany.

 

Autor: Dominik Zdort

 

To historia manipulacji, która przypomina słynny dowcip logiczny: „Kto śpi, nie grzeszy. Kto nie grzeszy jest świętym. Czyli: kto śpi, jest święty”. Europejscy prawicowcy nie lubią gejów. Putin nie lubi gejów. Czyli: europejska prawica jest agenturą Putina. Do tego dochodzą teorie spiskowe wynikające z tej prymitywnej logiki: skoro jakiś konserwatywny aktywista dyskutował na tym samym forum internetowym, na którym był ktoś o rosyjskim nazwisku, to znaczy, że jest opłacany przez Kreml…

 

Na początku bardzo ważne zastrzeżenie: nie ma wątpliwości, że Moskwa ma w krajach Zachodu zarówno swoją tajną agenturę, jak i swoich mniej lub bardziej niejawnych lobbystów, że finansuje organizacje, które mają jej interesy reprezentować. Taki charakter miała znana nam doskonale tzw. moskiewska pożyczka ze stycznia 1990 roku, czyli przekazanie 1,2 mln dolarów z zasobów KGB dla polskich postkomunistów (w realizacji transakcji uczestniczył m.in. patriarcha obecnej Lewicy Leszek Miller). Wiemy też, że Kreml jawnie wynagradza polityków, którzy prowadzili działalność dla niej korzystną – wystarczy wspomnieć Gerhada Schrödera, byłego socjaldemokratycznego kanclerza RFN – po zakończeniu politycznej kariery został lobbystą rosyjskiego sektora energetycznego, a w latach 2017–22 był szefem rady dyrektorów w państwowym rosyjskim koncernie naftowym Rosnieft. Zaś były austriacki kanclerz Wolfgang Schüssel, chadek, został powołany do zarządu rosyjskiej sieci komórkowej MTS, a w 2019 roku przeszedł do rady dyrektorów Łukoila. Inny dawny austriacki kanclerz, Christian Kern, dla odmiany socjaldemokrata, został członkiem zarządu Kolei Rosyjskich. Głośno było o przypadku Karin Kneissl z partii liberalnej, bo to na ślubie u pani minister spraw zagranicznych Austrii osobiście gościł – i tańczył – Władimir Putin. Po odejściu z polityki Kneissl została felietonistką telewizyjnego portalu Russia Today i powołano ją do rady dyrektorów Rosnieftu. Po inwazji Rosji na Ukrainę, pod naciskiem austriackiej opinii publicznej zrezygnowała z tej ostatniej funkcji, ale zaraz potem została szefową petersburskiego instytutu GORKI. Krzywda jej się nie stała.

 

Te przypadki pokazują, że kremlowskich zabiegów lekceważyć nie wolno, że agentura wpływu Putina działa na Zachodzie, że jego ludzie intensywnie kręcą się wokół europejskiej polityki. Choć wszystkie wspomniane powyżej przypadki dotyczą partii centrowych z politycznego mainstreamu (mimo najszczerszych chęci, europejskich chadeków za konserwatystów od bardzo dawna uważać już nie można), rozmaici lewaccy propagandziści snują wciąż legendę , że tak naprawdę narzędziem Moskwy (lub wręcz jej agenturą) są partie prawicowe.

 

Tu pada długi ciąg nazwisk ludzi, których często bardzo wiele różni, ale łączy to, że sprzeciwiają się terrorowi poprawności politycznej, narzucaniu narodom jednej brukselskiej sztancy ideologicznej, ograniczaniu państwowej suwerenności: od Donalda Trumpa przez Viktora Orbána, Marine Le Pen i Giorgię Meloni, aż po Jarosława Kaczyńskiego (o nieco mniej znaczących aktywistach nie wspominając). Zazwyczaj twardych faktów nikt nie podaje, cała argumentacja opiera się na stosowaniu długich, niewiele znaczących ciągów powiązań między organizacjami, na tym, że jacyś ludzie byli na tej samej konferencji naukowej czy że zapisali się do jednego klubu dyskusyjnego. „Dowody” są w rzeczywistości słabymi poszlakami, a argumenty zwyczajną manipulacją.

 

Znów warto uczynić zastrzeżenie: wszystkie niejasności trzeba wyjaśniać i zawsze szukać dowodów, bo „ludzie Moskwy” są wśród nas. Warto pamiętać jednak, że dotychczas coś więcej niż nieuzasadnione oskarżenia można wiązać wyłącznie z niewielkimi partyjkami z marginesu sceny politycznej, takimi jak polska Zmiana czy Brytyjska Partia Narodowa, a więc z politykami należącymi raczej do „politycznego folkloru”, którzy szans na uzyskanie jakiegokolwiek wpływu na rządy nie mają.

 

Ale przede wszystkim nie wolno ulegać metodom manipulacji, jakie są wobec nas stosowane, bo formułowanie oskarżeń wobec poszczególnych osób czy środowisk o utrzymywanie przez nie związków z Moskwą może być również suflowaną przez Rosjan manipulacją, która ma skompromitować przeciwników Rosji.

 

W szczególny sposób może to dotyczyć Polski. Tu od agresji Rosji na Ukrainę nawet niesłychanie silne środowiska polityczne, którym dawniej marzył się reset stosunków z Putinem, nie wspominają już nic na ten temat. Nad Wisłą, jak się zdaje, mamy konsensus co do konieczności postawienia tamy rosyjskiemu imperializmowi. Tym bardziej może dziwić (i budzić podejrzenia co do inspiracji), że ostatnio ci, którzy od zawsze i najgłośniej ostrzegali przez Moskwą – a więc środowiska prawicowe i konserwatywne – są najchętniej oskarżane o dogrywanie roli „ruskiej onucy” czyli rosyjskiej agentury wpływu.

 

Przejdźmy do metod argumentacji, jaka jest w tym przypadku stosowana (wszystkie poniższe cytaty pochodzą z tekstów publicystycznych lub ogłoszonych publicznie wypowiedzi). Dziwnym trafem, te same sposoby „szycia ruskiej onucy” używane są wobec prawicy w Polsce, jak i w innych krajach.

 

Spotkania, kontakty, biznesy

 

Najcięższym chyba przewinieniem jest mieć kontakty z osobą, którą oskarżyciel może próbować uwikłać w prokremlowskie koneksje. Pouczający jest tu przypadek byłego prezydenta USA Donalda Trumpa. W długim ciągu oskarżeń wobec niego znalazły się te, mówiące, że „liczni współpracownicy Trumpa mieli […] niejasne kontakty biznesowe z Rosją. Np. Paul Manafort, szef jego kampanii wyborczej, współpracował z prorosyjskimi oligarchami na Ukrainie. […] W sumie różnego rodzaju relacje z rosyjskim biznesem, dyplomatami i pracownikami wywiadu miało kilka osób z najbliższego otoczenia Trumpa, w tym członkowie jego rodziny”.

 

Czyli: nie sam Trump, ale jego „liczni”– jak liczni? – współpracownicy. Dlaczego te kontakty były niejasne? Co to znaczy „różnego rodzaju”? O jakich „pracowników wywiadu” chodzi i jakiego rodzaju utrzymywano z nimi relacje? Konkretów brak, pozostaje retoryka mająca wywołać wrażenie. To typowa argumentacja mająca kogoś obciążyć, kiedy jakichkolwiek dowodów brak.

 

Trumpa, już jako prezydenta, krytykowano w 2019 roku już za samą chęć spotkania z Putinem. Zapowiadano, że zamierza mu „sprzedać” Europę Wschodnią, osłabić naszą flankę NATO, że po planowanej wtedy rozmowie z prezydentem Rosji zapowie wycofanie części amerykańskich wojsk z Europy… Komentatorzy byli zaskoczeni, że Amerykanin „nie ogłosił po spotkaniu żadnych decyzji dotyczących redukcji obecności wojskowej USA w Polsce czy zmniejszenia amerykańskiego zaangażowania w ćwiczenia prowadzone w państwach wschodniej flanki NATO. Nie zasygnalizował również zmiany decyzji o budowie elementów tarczy antyrakietowej w Redzikowie” i że „spotkanie Trump-Putin nie wpłynęło negatywnie na bezpieczeństwo wschodniej flanki Sojuszu”. Co za szok!

 

Zresztą spotkania z Putinem to dla polityków wydarzenia wyjątkowo niebezpieczne, o czym przekonał się choćby nieszczęsny premier Donald Tusk po tym, gdy nieroztropnie uśmiechnął się do szefa rosyjskiego państwa w lesie pod Smoleńskiem parę godzin po tragedii w 2010 roku, co uwiecznił fotoreporter, a to zdjęcie wywołało łatwe do przewidzenia podejrzenia.

 

Takie oskarżenia skierowano także wobec polityków prawicy europejskiej, którzy spotykali się z prezydentem Rosji. Na przykład bardzo ostro skrytykowano Marine Le Pen – choć przecież nie tylko ona rozmawiała z rosyjskim prezydentem po 2014 roku. Widywali się z nim także Barack Obama (niedługo po zajęciu Krymu), Emmanuel Macron, Angela Merkel, a nawet i (w 2019 roku) prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. O Pameli Anderson, którą rosyjski prezydent oprowadzał po swoim domu, nie wspominając.

 

Politycy i inni polscy aktywiści konserwatywni z Putinem nigdy kontaktu nie szukali i nigdy się z nim nie spotykali. Co z tego, skoro premier Mateusz Morawiecki pojawił się, jak to mainstreamowe media określiły, „na zlocie Putinternu”.Chodzi o szczyt jeszcze sprzed wojny, z końca stycznia 2022 roku w Madrycie. Był to zjazd zorganizowany przez hiszpańską populistyczną partię Vox, gdzie zebrano przedstawicieli większych i mniejszych skrajnie prawicowych partii Europy. W tym te jawnie prorosyjskie”. Putina tam nie było. Uczestnicy byli bardzo różni. No ale skoro nadarzyła się okazja, odpowiednią łatkę przypięto i Morawieckiemu.

 

Jednak jeszcze straszliwsze było to, że „PiS podpisało z Le Pen wspólną deklarację ideową, a ostatnio Mateusz Morawiecki odbył z nią miłe spotkanie przed szczytem w Brukseli”. Czyli, inaczej mówiąc, partia Kaczyńskiego wchodzi w konszachty z kobietą, która jest sojuszniczką Putina. Należy to rozumieć tak, że politycy centrowi mogą być w europejskich międzynarodówkach wraz z zachodnimi partiami, których dawni liderzy zostali potem zatrudnieni w kremlowskich firmach, ale z panią Le Pen współpracować nie wolno. Bo co? Bo ma niesłuszne poglądy, czy miała niedobrego tatusia?

 

W Polsce swoją porcję insynuacji na temat niewłaściwych związków biznesowych dostał również wydawca pism „Wprost" i „Do Rzeczy": pewien nadkreatywny autor napisał książkę, w której stwierdził, że właściciel tygodników w przeszłości „dostał” swoją spółkę dzięki postsowieckim powiązaniom od wschodnioukraińskiej korporacji Związek Przemysłowy Donbasu, która „była powiązana na wiele sposobów z rosyjskimi oligarchami Usmanowem i Jewtuszenkowem”.

 

Nawet nie analizując możliwych, objętych tajemnicą zobowiązań i uzgodnień – krótki research w internecie pokazuje, że było „odrobinę” inaczej: to spółka wydawcy kupiła nieaktywną ukraińską firmę, aby dostać się na polską giełdę, na której owa firma była notowana. No ale któż zabroni jakiemuś niefrasobliwemu publicyście mieć swoje zdanie na temat faktów? I kto zabroni wymieniać rosyjskie nazwiska, których już samo brzmienie jasno insynuuje, że ktoś był „ruską onucą”?

 

Kolejny przypadek: otóż pewna autorka opisuje z werwą internetowe forum dyskusyjne tak, aby czytelnicy uzyskali wrażenie, że to konspiracyjna organizacja antyaborcyjna – używa nawet nazwy „międzynarodowa sekta”.

 

Wśród wielu uczestników forum wymienia na jednym oddechu pewne rosyjskie nazwisko (człowieka podobno powiązanego z Kremlem) oraz nazwy kilku polskich konserwatywnych organizacji społecznych. Jaki wniosek wynika z tego, że wszyscy ci uczestnicy – wraz z wieloma innymi osobami – wpisywali się na tym samym forum? Otóż ponoć to dowód, że owa „sekta” „służy do wybielania działań rosyjskiego rządu i szerzenia rosyjskiego «punktu widzenia»”, a skoro tak, to – jak się insynuuje – uczestniczący w niej Polacy są na usługach Kremla.

 

Nawet jeśli nie ma ani śladu, że na forum tym padło choćby jedno dobre słowo na temat Moskwy ze strony polskich działaczy. Ważne, że ktoś w jednym tekście wymienia jakichś (nieznanych zresztą szerzej) Rosjan oraz nazwy polskich fundacji. Czytelnikowi pozostaje wrażenie, że ma do czynienia z tajemniczą siecią powiązań stworzoną przez Putina. Choć, jak zawsze, dowodów brak.

 

Kremlowskie pieniądze

 

I tu dochodzimy do kolejnego wątku, którym jest sugerowanie powiązań finansowych europejskiej prawicy z Moskwą. Otóż i tu często opisywany jest trudny do prześledzenia długi łańcuszek powiązań: jakiś człowiek o rosyjskim nazwisku zakłada jakąś fundację, ta finansuje jakieś hiszpańskie stowarzyszenie, zaś ono płaci za jakieś usługi polskiej fundacji. Nikt wprost nie utrzymuje, że to mocny dowód na związki Polaków z Kremlem (bo faktycznie dowodów brak), nawet się tego w ten sposób nie komentuje, ale wrażenie, że koneksje z Moskwą są na rzeczy, pozostaje.

 

Rzecz jasna najłatwiejsze jest do zaatakowania francuskie Zjednoczenie Narodowe, partia pani Le Pen. Bo to ugrupowanie , jeszcze jako Front Narodowy, rzeczywiście dostało kredyt z instytucji finansowej związanej z Rosją. Chodzi o First Czech Russian Bank z siedzibą w Moskwie, którego wschodnie koneksje nie ulegają wątpliwości. Tyle, że przy okazji podnoszenia tego tematu publicyści rzadko przywołują kontekst polityczny. Pożyczka z rosyjskiej instytucji (ponad 9 milionów euro) przeznaczona na koszty wyborów lokalnych, była w jakimś sensie wymuszona, bo podczas gdy inne francuskie partie brały kredyty z francuskich banków, Front Narodowy otrzymał odmowę na wszystkie swoje wnioski kredytowe (mimo iż jasne było, że po głosowaniu uzyska refinansowanie, więc ryzyko udzielenia takiej pożyczki było równe zeru). Podjął więc decyzję desperacką, mało chwalebną i piarowsko kompromitującą, aby pobrać kredyt z banku powiązanego z Moskwą (choć, przyznajmy, we Francji, tradycyjnie uwikłanej w sympatie do państwa rosyjskiego we wszystkich jego wcieleniach, znacznie mniej obciążającą, niż byłoby to w Polsce). Nikt nie czynił z tej transakcji tajemnicy, ale jej skutki były takie, że wrogowie pani Le Pen dostali do rąk mocne argumenty, aby pogrążać swoją przeciwniczkę.

 

Pewnie, aby tę sprawę wyjaśnić dogłębnie, należałoby się dowiedzieć, czy za decyzją o przyznaniu tej pożyczki stał Kreml, czy nakazał swoim ludziom w banku przychylność wobec Frontu. Tym się jednak nikt nie interesował, nikt nie pytał o to, jak to się stało, że rosyjska instytucja była skłonna pieniądze wyasygnować, ani o to, czemu wszystkie francuskie banki wcześniej tego odmówiły.

 

Dziś partia pani Le Pen nie dostałaby żadnego kredytu, bo po tamtych wyborach postanowiono, że francuskie ugrupowania mogą występować o pożyczki wyłącznie do instytucji z Europejskiego Obszaru Gospodarczego. A więc szanse wyborcze w końcu są równe: wszyscy mogą starać się o kredyt w tych samych bankach. Choć nie wszyscy go dostaną.

 

We Włoszech także próbowano prawicę powiązać z „kremlowskimi pieniędzmi”. Media insynuowały, że Kreml wspiera finansowo Ligę Północną. W odpowiedzi lider tego ugrupowania Matteo Salvini zażartował, że zdarza mu się wybierać z bankomatu ruble… Salvini bez grzechu nie jest, potrafił skompromitować się maszerując po Moskwie w koszulce z wizerunkiem Władimira Putina, ale jakichkolwiek wiarygodnych dowodów na finansowanie jego partii przez Putina nikt nie podał.

 

W Austrii tymczasem media przeprowadziły „śledztwo” i miały jakoby wykazać, jak Kreml po 2014 roku sterował tamtejszymi lokalnymi i europejskimi „skrajnie prawicowymi ugrupowaniami”, oferując im pieniądze za wnoszenie projektów i zamawiając artykuły prasowe. Drobny problem z wiarygodnością tych opowieści polegał na tym, że po ujawnieniu „kompromitujących faktów” i po zbadaniu owych oskarżeń przez Austriacki Trybunał Obrachunkowy, sprawa została umorzona.

 

Kiedy dwóch mówi to samo

 

Jeden z najbardziej zabawnych argumentów mających udowodnić związki europejskiej prawicy z Rosją to stwierdzenie, że ich idee i programy są zbieżne. Zacznijmy od oskarżeń pod adresem polskiej prawicy: „W wymiarze politycznym antyrosyjskie deklaracje PiS właściwie o niczym nie świadczą. Partia Kaczyńskiego od lat wpisuje się w scenariusze pisane przez rządzących na Kremlu. Liczne wypowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy m.in. na temat osób LGBT+, zagrożeń dla tradycji chrześcijańskiej czy widma zachodniego nihilizmu, są niemalże kalką poglądów głoszonych przez stronników Putina”.

 

No i proszę, wszystko się zgadza. W Polsce wciąż pojawią się teksty, w których jacyś publicyści twierdzą, iż skoro Władimir Putin i jego propaganda ostrzegają, że niebawem słowa „ojciec” i „matka” zostaną zastąpione przez „rodzic 1” i „rodzic 2”, a tej samej retoryki używają polscy konserwatyści, wśród nich działacze PiS, to może oznaczać, że – de facto – są na usługach Moskwy. Skoro Putin widzi niebezpieczeństwa w przyznawaniu przywilejów gejom i innym seksualnym dewiantom, a tak samo uważa polska prawica – to oznacza, że jest ona po stronie Rosji.

 

Oto cytat z antypisowskich mediów: Polityka PiS „idealnie wpisuje się w szeroko rozumiany interes Moskwy w Europie, ukierunkowany na jej dezintegrację i destrukcję. Rosyjski kulturoznawca i publicysta Aleksiej Czadajew przekonywał w 2016 roku podczas konferencji zorganizowanej przez Fundację Batorego, że «Rosja i Polska zachowują się jak bracia, którzy idą obok siebie ścieżką dokładnie w tym samym kierunku, spoglądają na siebie i udają, że się nie znają». Jego zdaniem program dobrej zmiany PiS to tak naprawdę program Jednej Rosji Putina. – Wielu polityków PiS mówi tak samo, jak partia Jedna Rosja o «ideologii gender» czy LGBT – zauważa dr Bartosz Rydliński, politolog UKSW i Centrum Daszyńskiego. – Kaczyński w równej mierze co Orbán, Salvini czy Putin, stoi na straży tradycyjnych wartości opartych na chrześcijaństwie”.

 

Publicysta pewnej polskiej popularnej stacji radiowej napisał wprost: „Partia Kaczyńskiego od lat wpisuje się w scenariusze pisane przez rządzących na Kremlu”. Jaki poważny argument przywołał? „Uderzającym podobieństwem narracji PiS i Kremla jest stosunek do kwestii kulturowych i obyczajowych”.

 

Nie wiadomo nawet, czy śmiać się, czy płakać nad tą parcianą retoryką. Jeśli Putin twierdzi, że w 2010 roku w Smoleńsku nie było zamachu, a tylko zwykła katastrofa, zaś Tusk mówi to samo, czy to oznacza, że obecny premier jest człowiekiem Kremla? Ok, być może nawet tak jest, ale na pewno to nie jest przesądzający argument. Po prostu ktoś, kto głosi takie same poglądy, jak ktoś inny, nie musi być jego sojusznikiem.

 

Podobne oskarżenia są kierowane zresztą pod adresem licznych środowisk w zachodniej Europie. Dogmatem jest, że głoszenie poglądów tradycyjnych, konserwatywnych, oznacza związki z Kremlem, który – ujawnijmy w końcu tę tajemnicę poliszynela – odchodząc od komunizmu szukał innego bożka i znalazł go na prawicy, choć trudno ocenić, na ile demonstracyjnie, a na ile szczerze.

 

Moskiewskie trolle pomogły wygrać

 

Argumentem nie do odrzucenia, a równocześnie nie do udowodnienia, jest stwierdzenie, że to Rosja sprokurowała wyborcze zwycięstwo jakiejś partii lub kandydata. W największym stopniu insynuacje te dotyczyły chyba Donalda Trumpa.

 

Czasem zresztą oskarżyciele przekraczali granice absurdu. Pojawiły się sugestie, że przed wyborami w roku 2016 Trump spotykał się kilkakrotnie z Władimirem Putinem – w domyśle: po to, aby zyskać wsparcie Rosji. Problem w tym, że nie ma na to cienia dowodu. Nie ma żadnych informacji, jakoby amerykański miliarder składał wizyty rosyjskiemu prezydentowi, ani, że spotkali się przy jakiejkolwiek innej okazji, a przecież po takich wydarzeniach pozostają liczne ślady. Co więcej, znając wybujały temperament Donalda Trumpa, były prezydent USA sam chętnie chwaliłby się takimi spotkaniami, a tymczasem zaprzeczał. „Informacja” o spotkaniach poszła jednak w świat i była bezmyślnie powielana przez media.

 

Kolejne sugestie: rosyjscy hakerzy zorganizowali włamanie do komputerów Demokratów i doprowadzili do ujawnienia treści e-maili ich polityków. Rzeczywiście – WikiLeaks opublikowało ponad 19 tys. e-maili, które pokazywały manipulacje w prawyborach Demokratów, czego skutkiem było osłabienie pozycji Hillary Clinton. Sama Clinton oświadczyła, że sugestie, iż to Rosja mogła stać za atakiem, wywołują jej zaniepokojenie. Barack Obama dorzucił, że jego zdaniem możliwe jest, iż Rosja próbowała aktywnie wpływać na wybory w USA. Możliwe? Oczywiście, że możliwe. Wiadomo, że Rosja i Chiny chętnie używają hakerów i trolli. Ale akurat w tym przypadku jakichkolwiek dowodów na istnienie „rosyjskiego śladu” brak. Nawet poszlak. Jest tylko sugestia, rozpowszechniana w mediach insynuacja.

 

Do kompromitowania prawicowych przeciwników chętnie używa się służb specjalnych. Po zwycięstwie wyborczym Donalda Trumpa w roku 2016 FBI, kierowane jeszcze przez ekipę Demokratów, przeprowadziło śledztwo, którego celem było wykazanie powiązań nowego prezydenta z Rosją. Powstał raport, wedle którego rosyjskie służby wspierały Trumpa przez kilka wcześniejszych lat, pomagali mu w interesach i w działaniach politycznych. Ponoć Rosja uruchomiła farmy trolli, nakazano im m.in. przed prawyborami Demokratów osłabiać Hillary Clinton, zaś wspierać skrajnie lewicowego Berniego Sandersa.

 

Później powstał „raport Muellera”, prokuratora specjalnego powołanego do zbadania rosyjskich powiązań Trumpa. Robert Mueller to były dyrektor FBI. Efektem jego śledztwa był 400-stronicowy dokument oraz kilka oskarżeń podrzędnych działaczy o niebezpieczne związki z Moskwą. Tyle, że żadne z tych oskarżeń nie dotyczyło Donalda Trumpa. Komentarz ekspertów był charakterystyczny: brak oskarżenia oznacza brak wystarczających dowodów, nie oznacza natomiast niewinności Trumpa.

 

Dokumenty ze wspomnianego raportu FBI później zbadał wyznaczony do tego zadania w 2019 roku specjalny doradca prokuratora generalnego John Durham. Jego opinia okazała się miażdżąca dla działań Federalnego Biura Śledczego. Durham stwierdził, że dochodzenie wszczęto bez uzasadnienia, a następnie prowadzono nieprawidłowo. Służby opierały się niemal wyłącznie na informacjach dostarczanych przez przeciwników Trumpa, a kluczowa dla działań FBI okazała się przekazana im przez australijskiego dyplomatę w Londynie pogłoska, że jeden z doradców ówczesnego republikańskiego kandydata na prezydenta rzekomo miał wcześniej znać informacje, które rosyjskie trolle zamierzały opublikować, by skompromitować Hilary Clinton. 

 

Słowa i gesty

 

Jednak czasem, co tu kryć, politycy prawicy sami wkładają oręż w ręce swoich lewicowych oskarżycieli. Nie sposób zliczyć bzdurnych deklaracji Donalda Trumpa oraz aktywistów francuskich czy włoskich, na przykład.

 

Wspomnijmy tylko o jednej z najnowszych wypowiedzi, którą zinterpretowano, jako korzystną dla Putina: były prezydent USA stwierdził, że gdy ponownie zostanie prezydentem, nie będzie chronił przed rosyjską agresją krajów NATO, które nie wypełniają swych zobowiązań finansowych wobec Paktu Północnoatlantyckiego i „zachęcałby” Rosję, by z nimi „robiła cokolwiek jej się podoba”. Powiedział też, że jeśli wygra wybory, zakończy wojnę na Ukrainie w 24 godziny.

 

Nie są to zbyt mądre zapowiedzi, choć o to, czy są one prorosyjskie, czy wyłącznie nierozsądne i wynikające z bufonady Donalda Trumpa, można się spierać. Należy też zauważyć, że prorosyjskością tego polityka straszono nas już przed wyborami w 2016. Zresztą jak się wydaje i jemu samemu się wydawało, że wystarczy szczerze pogadać z Putinem, przekazać mu rozsądne argumenty, a można doprowadzić do resetu w stosunkach z Kremlem i zmienić jego politykę. Podobnie zresztą Amerykanin myślał o Kim Dzong Unie i Korei Północnej.

 

Tyle, że cztery lata prezydentury zweryfikowały ten pogląd. Trump zrozumiał, że w relacjach z (post?)komunistycznymi dyktatorami resetu być nie może, że nie skłoni ich do zmiany kursu. Republikański lider dość szybko przyjął więc stanowczą linię wobec Rosji, co wyraźnie było widać choćby podczas konfliktu w Syrii. Dlatego, kiedy dziś Trump daje do zrozumienia, że może po swoim zwycięstwie wycofać pomoc dla Ukrainy, to bezpiecznie można założyć, że tylko to mówi, ale niekoniecznie to zrobi.

 

Jeśli zaś chodzi o europejską prawicę, to łatwo zauważyć, że opinie jej polityków, które bywają przychylne wobec Putina, są zazwyczaj efektem ich eurosceptycyzmu. Im bardziej komuś nie podoba się sytuacja w Unii Europejskiej, tym chętniej poszukuje innego trwałego punktu odniesienia i często znajduje go (z odwzajemnioną sympatią) na Wschodzie.

 

Na przykład Giorgię Meloni, liderkę prawicowej partii Bracia Włosi, ostro krytykowano za to, że gratulowała Putinowi zwycięstwa w wyborach z 2018 roku, nazywając jego wygraną „prawdziwym wyrazem woli Rosjan”. Europejczyków straszono, że jeśli Meloni dojdzie do władzy, będzie dążyła do wycofania włoskiej pomocy dla Ukrainy i do wyprowadzenia Włoch z Unii Europejskiej. Ale gdy została ona premierem okazało się, że eksperci, którzy wieszczyli zmianę polityki Rzymu, głęboko się mylili. Meloni nie dość, że twardo trzyma stronę Wspólnoty Europejskiej, to zdecydowanie popiera Ukrainę w wojnie z Rosją. – Włochy mają wszystko do stracenia w świecie, w którym siła prawa zostanie zastąpiona przez prawo silniejszego – zadeklarowała.

 

Swoją, pewnie niewielką, ale rozdętą przez media liberalno-lewicowe wpadkę miał także i polski prezydent Andrzej Duda, gdy w jednym z wywiadów na pytanie o przyszłe losy Krymu stwierdził: – Nie wiem czy [Ukraina] odzyska Krym, ale wierzę, że odzyska Donieck i Ługańsk. Krym jest miejscem szczególnym, również ze względów historycznych. Ponieważ w istocie, jeśli popatrzymy historycznie, to przez więcej czasu był w gestii Rosji.

 

Komentatorzy byli oburzeni, i mieli wiele racji. Polityk może myśleć o kompromisach, szukać do nich dróg, negocjować, ale w pewnych sytuacjach – takich jak obecna na Ukrainie – niektórych rzeczy głośno mówić nie należy, zwłaszcza jeśli nie ma się poważnego wpływu na przebieg wojny. Ale czy to oznacza, że Duda jest „ruską onucą”? To jasne, że nie jest, ale raczej wciąż trochę mu brakuje do poziomu męża stanu. Tym niemniej reakcja na jego wypowiedź pokazuje, jak się buduje polityczne narracje, mające niszczyć prawicę.

 

Skompromitować politycznego przeciwnika

 

Jak widać, opór konserwatywnej prawicy wobec narzucanej wszystkim nam zmiany zasad i odwrócenia wartości, czyli wobec tego, co nazywane jest rewolucją obyczajową, wywołał wściekłość obecnego establishmentu na świecie. Skoro nie udało się wyznawców tradycyjnych wartości zakrzyczeć i zmusić ich do milczącej akceptacji dla zmian, to próbuje się konserwatystów zniszczyć, anihilować, unicestwić – wszelkimi metodami, na pomocą kłamstw, insynuacji i manipulacji, które mają ich skompromitować, odebrać im wiarygodność. I właśnie temu służy sugerowanie powiązań z Rosją.

 

***

Dominik Zdort jest dziennikarz i publicystą, senior research fellow w projekcie „Ordo Iuris Cywilizacja” Instytutu Ordo Iuris, pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Rzeczpospolitej” i „Newsweeku”, był współautorem audycji w RDC i radiowej „Dwójce”, a ostatnio szefem magazynu weekendowego „Rzeczpospolitej” Plus Minus oraz internetowego Tygodnika TVP.

 

Czytaj Więcej